Minister spraw wewnętrznych, według swego zwyczaju, rzucił na to kilka zdań potężnych, które przecinały dyskusję i przytłaczały ją swym ciężarem. Trzyma przecież swych prefektów w garści i potrafi pana Pélisson zmusić do należytej oceny położenia; nie trzeba się jednak uciekać do surowych środków względem urzędnika inteligentnego i gorliwego, bardzo użytecznego w swym departamencie i cennego zwłaszcza ze względu na wybory. Minister dodał, że nikt więcej odeń nie dba o utrzymanie dobrych stosunków między władzą administracyjną a sądownictwem.

Cesarz, jak zwykle w takich razach, milczał. Zdawało się, że jest pogrążony w marzeniach. Myślał zapewne o rzeczach odległych, bo nagle rzekł:

— Znałem ojca tego pana Pélisson. Nazywał się Anacharsis Pélisson. Był synem republikanina z r. 1792, sam też był republikaninem i za monarchii lipcowej pisywał w dziennikach opozycyjnych. Kiedy byłem więziony w twierdzy Ham, napisał do mnie przyjazny list. Nie możecie sobie wystawić, jaką przyjemność sprawia więźniowi choćby najmniejsza oznaka sympatii. Później kroczyliśmy odmiennymi drogami. Nie spotkaliśmy się więcej. Umarł już.

Cesarz zapalił papierosa i chwilę jeszcze dumał. Potem wstając rzekł:

— Panowie, nie zatrzymuję was dłużej.

Niezgrabnym ruchem chodzącego wielkoskrzydłego ptaka udał się do swoich prywatnych apartamentów. Ministrowie wyszli jeden po drugim przez długi rząd salonów, pod ponurym wzrokiem woźnych. Marszałek, minister wojny, podał ministrowi sprawiedliwości swą papierośnicę:

— Panie Delarbre, przejdziemy się trochę? Muszę rozprostować członki.

Szli ulicą Rivoli wzdłuż żelaznych sztachet okalających taras na ulicy Feuillants.

— Jeśli chodzi o cygara, lubię tylko te, które kosztują jednego sou i są mocne — rzekł marszałek. — Inne robią na mnie wrażenie konfitur. Pojmuje pan?...

Ocknąwszy się z zamyślenia, dodał: