Minister sprawiedliwości zmierzył go od stóp do głów, dostrzegł, że ma twarz dziecka i wątłe ramiona. Skinieniem ręki wskazał mu krzesło. Petent przysiadł na brzeżku fotela, przymknął oczy i zaczął ze swadą:

— Ekscelencjo, przychodzę prosić, aby w swej wysokiej życzliwości Jego Ekscelencja raczył ułatwić mi dostęp do sądownictwa. Może Jego Ekscelencja zechce uznać, że dobre stopnie, jakie uzyskałem na różnych egzaminach, i nagroda, którą otrzymałem za pracę o związkach zawodowych, są dostatecznymi do tego tytułami i że siostrzeniec pani Ramel, siostry mlecznej cesarza, nie jest zupełnie niegodny...

Minister sprawiedliwości przerwał ten potok wymowy ruchem swej małej, żółtej ręki.

— Bez wątpienia, panie Chanot, bez wątpienia, ma pan za sobą protekcję najwyższą, która nie mogłaby przypaść w udziale osobie niegodnej. Wiem, że cesarz interesuje się panem. Pragnie pan miejsca podprokuratora, panie Chanot?

— Jego Ekscelencja spełniłby me najgorętsze życzenia mianując mnie podprokuratorem w Nantes, gdzie mam rodzinę.

Delarbre utkwił w Chanocie ołowiane źrenice i rzekł sucho:

— Nie ma wakansu w sądzie w Nantes.

— Niech Jego Ekscelencja raczy wybaczyć, myślałem...

Minister wstał.

— Nie ma wakansu.