I podczas gdy Chanot niezgrabnie kierował się ku drzwiom i wśród ukłonów szukał przejścia między białymi skrzydłami drzwi, minister sprawiedliwości rzekł tonem przekonywającym, prawie poufnym:
— Wierz mi, panie Chanot, poradź swej ciotce, aby zaniechała dalszych starań i próśb, które mogłyby tylko szkodzić panu, zamiast mu przynieść korzyść. Wiedz pan, że cesarz interesuje się panem, i licz pan na mnie.
Gdy tylko drzwi się zamknęły, minister zawołał swego sekretarza.
— Labarthe — rzekł — przyprowadź swego kandydata.
*
Tego wieczora o ósmej Labarthe wszedł do jednego z domów przy ulicy Jacob, wbiegł aż na poddasze i zawołał ze schodów:
— Gotów jesteś, Leopoldzie?
Otwarły się drzwi małego poddasza. Było tam na półce kilka dzieł prawniczych i parę podartych romansów; nad łóżkiem — czarna aksamitna maska z brodą z koronek, zaschły bukiet fiołków i para floretów. Na ścianie wisiał kiepski drzeworyt, portret Mirabeau. Na środku pokoju wysoki brunet zawzięcie ćwiczył hantlami. Miał włosy kędzierzawe, czoło niskie, oczy piwne, nadzwyczaj miłe i wesołe, nos drgający jak nozdrza konia, a w ustach na pół otwartych wilcze zęby.
— Czekałem na ciebie — rzekł.
Labarthe naglił go, żeby się ubrał. Jeść mu się chciało. O którejże godzinie będą jedli kolację?