Nastała znów dłuższa cisza. Potem zapytał ktoś, czy mordercę schwytano lub czy przynajmniej wiadomo, kto nim jest. Na to pytanie, mimo swej gorliwości, Leon odpowiedzieć nie mógł.

Mrok coraz gęstszy, jakby żałobny, ogarniał sklep księgarza. To okna zasłaniał tłum ciekawych, od których czernił się plac przed domem zbrodni.

— Czekają pewnie na komisarza policji i na sędziego śledczego — rzekł archiwista Mazure.

Paillot, człowiek wielce przezorny, w obawie, żeby tłumy ciekawych nie wygniotły szyb wystawowych, kazał Leonowi zamknąć okiennice.

— Tylko okno od ulicy des Tintelleries zostaw odsłonięte.

Ta przezorność wydała się nacechowana pewną subtelnością moralną. Panowie z „kąta ksiąg” pochwalili ją. Ale że ulica des Tintelleries była wąska i na szybach księgarni naklejone były różne rysunki i wzory, sklep tonął w prawie zupełnej ciemności.

Szmer tłumu, którego dotąd nie słyszeli, rozległ się w tym cieniu; poważny, głuchy, prawie straszny, wyrażający zgodność uczuć moralnych.

Wzruszony pan de Terremondre powtórnie dał wyraz prześladującej go myśli mówiąc:

— To dziwne. Podczas gdy tak blisko nas spełniała się zbrodnia, rozmawialiśmy spokojnie o rzeczach obojętnych.

Pan Bergeret przechylił głowę na lewe ramię, zapatrzył się w dal i przemówił w te słowa: