— Kochany pan pozwoli sobie powiedzieć, że nie ma w tym nic dziwnego. Gdy spełnia się zbrodnia, rozmowy nie milkną same przez się dokoła ofiary w promieniu kilku mil lub choćby tylko kilku kroków. Czyn wywołany nawet najbardziej nikczemną myślą sprowadza tylko swe naturalne skutki.

Pan de Terremondre nie odrzekł nic na tę przemowę, a reszta słuchaczy odwróciła się od pana Bergeret z uczuciem niejasnego niepokoju i potępienia.

Profesor nadzwyczajny na wydziale humanistycznym ciągnął jednak dalej:

— I dlaczegóż morderstwo, czyn tak naturalny i pospolity, miałoby wywołać skutki niezwykłe i dziwne? Zabijać jest to dla zwierząt, a szczególnie dla człowieka rzecz zwykła. Morderstwo długo uważano w społecznościach ludzkich za przejaw siły i dzielności i dotąd jeszcze istnieją w naszych obyczajach i instytucjach ślady tego starożytnego poglądu.

— Jakież to ślady? — zapytał pan de Terremondre.

— Śladem takim — odrzekł pan Bergeret — jest cześć dla wojskowych.

— To nie to samo — rzekł pan de Terremondre.

— Bez wątpienia. Lecz wszystkie czyny ludzkie mają za bodziec głód lub miłość. Głód nauczył barbarzyńców mordować, pchał ich do wojen, do najazdów. Ludy cywilizowane są jak psy myśliwskie. Spaczony instynkt pobudza je do niszczenia bez powodu i nie dla korzyści. Bezcelowość wojen nowożytnych nazywa się dziś interesem dynastycznym, interesem narodowym, równowagą europejską, honorem. Ten ostatni powód jest może najdziwniejszy, bo nie ma na świecie narodu, który by się nie skalał wszystkimi zbrodniami, nie okrył wszelką hańbą. Nie ma ani jednego, który by nie doświadczył wszystkich poniżeń, jakie los może wymierzyć nędznemu zbiorowisku ludzkiemu. Jeżeli wszakże narody mają jeszcze jakiś honor, znalazły zaiste dziwny sposób podtrzymywania go, jeśli w tym celu prowadzą wojnę, czyli popełniają wszystkie zbrodnie, którymi zniesławia się jednostka: podpalanie, grabienie, gwałt, morderstwo. Co zaś do czynów, których bodźcem jest miłość, są one zwykle równie gwałtowne, równie dzikie, równie okrutne jak czyny wywołane głodem, należy więc dojść do wniosku, że człowiek jest zwierzęciem zło czyniącym. Ale trzeba jeszcze odkryć, skąd się wie o tym i dlaczego napełnia to bólem i oburzeniem. Gdyby istniało tylko zło, wcale by go nie widziano, tak jak noc nie miałaby nazwy, gdyby dzień nie wstawał.

Tymczasem pan de Terremondre, wyrzucając sobie swą swobodę i lekką rozmowę w minucie, w której popełniono zbrodnię, i to o dwa kroki od ofiary, uważał, że spłacił już tym samym dług delikatności i godności ludzkiej. Na tragiczny koniec wdowy Houssieu począł zapatrywać się jako na fakt, któremu można spojrzeć w oczy i wysnuwać zeń wnioski. Pomyślał, że nic mu już nie stoi na przeszkodzie, by nabyć dom królowej Małgorzaty, przenieść doń zbiory mebli, porcelany, makat i urządzić w ten sposób rodzaj muzeum miejskiego. Liczył na to, że za swe starania i hojny dar otrzyma wraz z pochwałami współobywateli krzyż legii honorowej, a może tytuł członka-korespondenta Akademii. W Akademii Nauk i Literatury miał kilku przyjaciół, tak jak on starych kawalerów, w Paryżu czasem jadali razem śniadania w restauracjach, opowiadając sobie anegdoty o kobietach. A w tym okręgu nie było żadnego korespondenta Akademii.

Toteż przyszło mu zaraz na myśl obniżyć wartość nieruchomości, którą zamierzał kupić.