— Dom królowej Małgorzaty ledwie się trzyma. Belki z sufitów jak krochmal osypywały się na biedną starowinę. Trzeba by wydać mnóstwo pieniędzy, żeby go do porządku doprowadzić.

— Najlepiej byłoby — rzekł archiwista Mazure — zburzyć go do szczętu, a fasadę przenieść na podwórze muzeum. Istotnie, szkoda by było dać tarczę herbową Filipa Tricouillard na pastwę murarzom dokonującym rozbiórki.

Usłyszano wielki ruch tłumów ludzkich na placu. Była to publiczność, którą rozpychała policja, by sądowi ułatwić dostęp do domu zbrodni.

Paillot wysunął nos przez odemknięte drzwi.

— Idzie pan Roquincourt, sędzia śledczy, ze swym sekretarzem, panem Surcouf. Właśnie weszli do domu.

Akademicy z „kąta ksiąg” jeden za drugim wysunęli się za panem Paillot na chodnik ulicy des Tintelleries, skąd obserwowali ruch tłumów na placu Św. Eksuperego.

Paillot rozpoznał w ciżbie byłego prezesa sądu apelacyjnego, pana Cassignol. Staruszek odbywał codzienną przechadzkę. Ruchliwy tłum, który zaskoczył go na jego zwykłej drodze, niepokoił go i utrudniał mu dreptanie drobnym kroczkiem, zwłaszcza że wzrok miał osłabiony. Szedł prosto jeszcze i pewnie, wysoko unosząc swą chudą, siwą głowę.

Paillot spostrzegłszy go podbiegł i, zdjąwszy z głowy aksamitną czapeczkę, podał mu ramię prosząc, by wszedł odpocząć do księgarni.

— Co za nieostrożność, panie Cassignol, wchodzić w taki tłok! Można by sądzić, że to bunt uliczny.

Słowo „bunt” wywołało w pamięci staruszka wizję rewolucyjnego stulecia, którego trzy czwarte widział. Zaczynał osiemdziesiąty siódmy rok życia i już dwadzieścia pięć lat był na emeryturze.