Prowadzony przez księgarza Paillot, przestąpił próg sklepu i usiadł na jednym z wyplatanych krzeseł w gronie pełnych szacunku akademików. Trzcinowa laska o srebrnej gałce, trzymana między chudymi kolanami, drżała mu pod ręką. Kręgosłup jego był sztywniejszy niż poręcz krzesła. Wyciągnął rogowe okulary, przetarł je i długo nie mógł ich nałożyć. Stracił już pamięć widzianych twarzy i choć był przygłuchy, poznawał ludzi tylko po głosie.
W kilku słowach zapytał o powód zbiegowiska na placu, lecz niewiele zwrócił uwagi na odpowiedź pana de Terremondre. Jego mózg, zdrowy i zasuszony, jakby zakonserwowany w mirrze, nie odbierał już wrażeń nowych, podczas gdy myśli i uczucia dawne były w nim głęboko wyryte.
Panowie de Terremondre, Mazure i Bergeret otaczali go stojąc. Nie znali oni jego życiorysu zagubionego w niepamiętnej przeszłości. Wiedzieli tylko, że był uczniem, przyjacielem, towarzyszem Lacordaire’a86 i Montalemberta87, że opierał się Cesarstwu w ścisłych granicach swych praw i swego urzędu, że znosił niegdyś obelgi Louisa Veuillot88 i że co niedziela chodził na mszę z grubą książką pod pachą. Widzieli go, tak jak i wszyscy w mieście, w aureoli antycznej uczciwości i szacunku za to, że przez całe życie popierał sprawę wolności. Nikt z tych panów nie umiałby wszakże dokładnie powiedzieć, jakiego pokroju liberałem był pan Cassignol, gdyż żaden z nich nie czytał owego zdania z broszury przez niego wydanej w roku 1852 o sprawach Rzymu: „Nie ma wolności poza wiarą w Chrystusa i w moralną godność człowieka”. Mówiono o nim, że mimo wieku zachował żywość umysłu, że sam prowadzi swą korespondencję, że pracuje nad dziełem o stosunku Kościoła do Państwa. Umiał mówić jeszcze żywo i dużo.
Usłyszawszy w rozmowie, której przebieg niedokładnie śledził, nazwisko pana Garrand, prokuratora, zaczął mówić patrząc na srebrną gałkę swej laski, jako na jedynego istniejącego jeszcze świadka dawnych czasów:
— W 1838 roku znałem w Lyonie prokuratora królewskiego, który miał bardzo wysokie pojęcie o swoim urzędzie. Utrzymywał, że właściwością sądownictwa jest nieomylność i że prokurator królewski tak samo jak król mylić się nie może. Nazywał się de Clavel i pozostawił cenne prace o śledztwie kryminalnym.
Starzec zamilkł, z wspomnieniami swymi samotny wśród ludzi.
Pan Paillot z progu sklepu patrzał na ulicę.
— Pan Roquincourt wychodzi z domu.
Pan Cassignol, myśląc o rzeczach odległych, mówił dalej:
— Rozpocząłem służbę w sądownictwie przy sprawach karnych. Byłem pod rozkazami pana de Clavel, który powtarzał mi zawsze: „Przejmij się pan dobrze tą maksymą: Dobro oskarżonego jest święte, dobro społeczeństwa jest po dwakroć święte, dobro sprawiedliwości jest święte po trzykroć”. W owych czasach zasady metafizyczne miały więcej władzy nad umysłami niż dzisiaj.