— Tak, tak! Mój znajomy w ministerstwie powiedział mi jeszcze: „Nie lubię kandydatów na biskupstwa, którzy okazują za wiele przywiązania do naszych rządów. Gdyby mnie słuchano, wybierano by spomiędzy innych. Że do służby świeckiej, politycznej wybiera się urzędników najbardziej życzliwych, najbardziej przywiązanych do systemu rządu, to słuszne. Ale nie ma księży przywiązanych do Republiki. I wobec tego daleko zręczniej jest wybierać najuczciwszych”.

I prefekt, rzucając na środek pokoju niedopałek cygara, skończył słowami:

— Widzi ksiądz, kochany księże Guitrel, że nietęgo idą księdza sprawy.

Guitrel szepnął:

— Nie widzę, panie prefekcie, nie rozumiem, dlaczego te słowa mogły wywołać u pana to wrażenie... mogły zniechęcić... Ja, przeciwnie, czerpałbym z nich... nadzieję...

Pan prefekt Worms-Clavelin zapalił cygaro i rzekł ze śmiechem:

— Kto wie, czy nie mają racji w ministerstwie... Ale uspokój się, kochany księże profesorze, ja księdza nie opuszczam. Obliczmy razem, kogo mamy za sobą?

Uniósł lewą rękę, żeby liczyć na palcach.

Obaj zaczęli się zastanawiać.

Znaleźli senatora departamentu, wygrzebującego się właśnie z kłopotów, w które wpadł po ostatnich skandalach, znaleźli jednego dymisjowanego generała, polityka, publicystę i finansistę, biskupa Ekbatany, dosyć znanego w świecie sztuki, i Teofila Mayera, przyjaciela ministrów.