Tak rozmawiali nasi podróżni.

W Casercie188 wysiedli, każdy na swoją rękę poszedł zjeść nieco wędliny i napić się czegoś.

— Tak samo w Neapolu — rzekł Protos — kiedy się zbliżymy do jego willi, rozdzielimy się, jeśli pan pozwoli. Pan będzie szedł za mną z dala; że zaś będzie mi trzeba nieco czasu, zwłaszcza o ile nie będzie sam, aby mu wytłumaczyć, kto pan jest i w jakim celu przybywasz, wejdzie pan dopiero w kwadrans po mnie.

— Skorzystam z tego, aby się ogolić. Nie miałem czasu rano.

Tramwaj zawiózł ich na piazza Dante.

— A teraz rozstańmy się — rzekł Protos. — Droga jest jeszcze dosyć długa, ale to lepiej. Idź pan o pięćdziesiąt kroków z tyłu i nie patrz cały czas na mnie tak, jakbyś się bał mnie zgubić, nie odwracaj się również, ściągnąłbyś na siebie szpicla. Miej minę wesołą.

Ruszył przodem. Fleurissoire ze spuszczonymi oczami szedł za nim. Ulica była wąska i stroma, słońce piekło, pot lał się z niego, kipiący tłum popychał, ryczał, gestykulował, śpiewał, oszołamiał Amedeusza. Przed katarynką tańczyło dwoje dzieci. Dokoła wielkiego oskubanego indora, którego podnosił w górę jakiś linoskoczek, zorganizowano doraźną loterię po dwa soldy189 bilet. Dla większej naturalności Protos, przechodząc, wziął bilet i znikł w tłumie. Nie mogąc się przecisnąć, Fleurissoire myślał przez chwilę na dobre, że zgubił towarzysza, potem odnalazł go, minąwszy ciżbę, i ujrzał go, jak szedł wolnymi krokami pod górę, unosząc pod pachą indora.

W końcu domy stawały się rzadsze, niższe, ulice mniej ludne. Protos zwolnił kroku. Zatrzymał się przed kramem balwierza i zwróciwszy się do Amedeusza, mrugnął; po czym, o dwadzieścia kroków dalej, zatrzymał się znów przed niską bramą i zadzwonił.

Wystawa balwierza nie była zbyt pociągająca, ale wskazując ten sklep, ksiądz Cave miał z pewnością swoje racje; Fleurissoire musiałby zresztą wracać spory kawał wstecz, aby znaleźć innego golarza, z pewnością budzącego nie więcej zaufania. Z powodu szalonego upału drzwi były otwarte, grube perkalowe firanki zatrzymywały muchy i przepuszczały powietrze; podnosiło się je, aby wejść; Fleurissoire wszedł.

Rzecz jasna, że musiał być doświadczonym człowiekiem balwierz, który namydliwszy Amedeusza, ostrożnie rogiem ręcznika odgarnął pianę i wydobył na światło zaczerwieniony pryszczyk, wskazany mu nieśmiało przez klienta. O senności, o upalne odrętwienie tego małego, spokojnego kramiku! Z głową wstecz, na wpół leżąc w skórzanym fotelu, Amedeusz wypoczywał. Och, zapomnieć bodaj na krótką chwilę, nie myśleć już o papieżu, o mustykach, o Karoli! Myśleć, że się jest w Pau, przy Arnice; myśleć, że się jest gdzie indziej, nie wiedzieć już, gdzie się jest!... Zamknął oczy, po czym, otwierając je trochę, widział na ścianie, niby we śnie, na wprost siebie, kobietę z rozpuszczonymi włosami, poczętą z neapolitańskiego morza i wynoszącą z głębi wód, wraz z rozkosznym uczuciem chłodu, błyszczący flakon płynu na porost włosów. Pod tym anonsem inne flakony stały na marmurowej płycie rzędem obok laseczki fiksatuaru190, puszku do pudru, kleszczy do wyrywania zębów, grzebienia, lancetu, słoika pomady. Dalej słój, w którym pływało leniwie parę pijawek; drugi słój, który zawierał zwoje tasiemca; trzeci wreszcie bez przykrywki, do połowy napełniony gęstą substancją; na przezroczystym krysztale tego słoja widniała etykieta z fantazyjnym napisem wielkimi literami: Antyseptyk.