— Niech się pan uspokoi — rzekł naiwnie Fleurissoire — nikt prócz mnie, jestem pewny, nie zgadłby kim pan jest. — Po czym, patrząc nań życzliwie, z głową nieco pochyloną: — Oczywiście, przyglądając się bacznie, odnajduję pod pańskim przebraniem coś duchownego; wyczuwam pod jowialnością pańskiego tonu niepokój, który dręczy nas obu; ale jakiegoż panowania nad sobą trzeba, aby go okazać tak mało! Co do mnie, widzę to dobrze, muszę bardzo jeszcze pracować; pańskie rady...
— Co za oryginalne spinki pan ma — przerwał ubawiony Protos, poznając na Amedeuszu spinki Karoli.
— To podarek — odparł tamten, rumieniąc się.
Był straszliwy upał. Protos, wyglądając oknem, rzekł:
— Monte Cassino187. Widzi pan tam, na górze, słynny klasztor?
— Owszem, widzę — odparł Fleurissoire z roztargnieniem.
— Nie jest pan, jak uważam, zbyt wrażliwy na pejzaże.
— Ależ tak, ależ tak — zarzekał się Fleurissoire — jestem wrażliwy. Ale jak pan chce, żebym się czymś interesował, dopóki będzie trwał mój niepokój? To tak, jak te zabytki w Rzymie; nic nie widziałem, nie próbowałem nawet coś zobaczyć.
— Jak ja pana rozumiem! — rzekł Protos. — I ja tak samo. Mówiłem panu, od czasu jak jestem w Rzymie, spędziłem czas między Watykanem a zamkiem Świętego Anioła.
— To szkoda... Ale pan już znał Rzym.