— Bądź pozdrowiony, gościu — rzekł Bardolotti z szerokim gestem, ale nie wstając z fotela; po czym, pokazując bose nogi zanurzone w wanience z czystą wodą: — Kąpiel nożna przydaje apetytu i odciąga krew od głowy.

Był to mały i otyły człowieczek, którego wygolona twarz nie zdradzała płci ani wieku. Miał na sobie alpakowe195 ubranie. Nic w jego postaci nie zwiastowało wysokiego dygnitarza; trzeba było być bardzo bystrym albo uświadomionym jak Fleurissoire, aby pod tą jowialną miną odkryć dyskretne namaszczenie kardynała. Opierał się łokciem o stół i wachlował się niedbale spiczastym kapeluszem, zrobionym z gazety.

— Och, jestem bardzo szczęśliwy!... Och, jakiż miły ogród!... — bąknął Fleurissoire, zakłopotany tą rozmową bez treści.

— Dosyć moczenia! — krzyknął kardynał. — Hej tam! Zabierzcie tę wanienkę! Assunta!

Podbiegła młoda służąca, zwinna i pulchna, wzięła wanienkę i wypróżniła ją na grządki. Piersi jej, tryskające ze stanika, drżały pod koszulą; śmiała się i kręciła koło Protosa, a Fleurissoire onieśmielony był połyskiem jej nagich ramion. Dorino postawił fiaschi196 na stole. Słońce igrało w liściach winnych, łechcąc mieniącym się światłem półmiski na stole, nakrytym bez obrusa.

— Jesteśmy tu bez ceremonii — rzekł Bardolotti, kładąc na głowę gazetę. — Rozumie mnie pan w pół słowa, drogi panie.

Despotycznym tonem, skandując sylaby i uderzając pięścią w stół, ksiądz Cave powtórzył z kolei:

— Jesteśmy tu bez ceremonii.

Fleurissoire zmrużył sprytnie oko. Czy rozumie w pół słowa! Oczywiście, nie trzeba mu tego powtarzać; ale na próżno szukał jakiegoś zdania, które mogłoby zarazem i nic nie mówić, i wszystko znaczyć.

— Mów pan! Mów pan! — szeptał Protos. — Rób pan kalambury197: oni doskonale rozumieją po francusku.