Usiadł na wprost Lafcadia, w kącie koło okna. Lafcadio podniósł nieco rondo kapelusza i zaczął mu się przyglądać martwym, na pozór obojętnym okiem.

„Cóż może być wspólnego pomiędzy tą szpetną małpą a mną? — myślał. — Co on robi za filuterne miny. Czego on się tak do mnie uśmiecha? Czy to możliwe, aby istniały kobiety skłonne pieścić starców?... Bardzo by się z pewnością zdumiał, dowiadując się, że ja umiem płynnie czytać, pisane albo drukowane, na wywrót albo pod światło, w lustrze albo na bibule; trzy miesiące studiów i dwa lata ćwiczenia, i to przez miłość sztuki! Cadio, mój chłopcze, oto nastręcza się problem: zahaczyć się o ten los. Ale jak?... Mam! Poczęstuję go pastylką miętową. Przyjmie czy nie, zobaczymy w każdym razie, w jakim języku”.

Grazio, grazio! — podziękował Fleurissoire.

„Nic się nie da zrobić z tym tapirem228. Śpijmy!” — powiada do siebie Lafcadio i nasuwając kapelusz na oczy, próbuje zmienić w sen pewne wspomnienie swojej młodości:

Widzi samego siebie, z czasów gdy go nazywano Cadio, w zapadłym zamku w Karpatach, gdzie mieszkali przez dwa sezony w towarzystwie Włocha Baldi i księcia Włodzimierza Biełkowskiego. Pokój Lafcadia jest na końcu korytarza, dopiero pierwszy rok śpi z dala od matki... Widzi mosiężną klamkę u drzwi, w kształcie głowy lwa, przybitą grubym gwoździem... Och, jakże dokładna jest pamięć jego wrażeń!... Jednej nocy zbudzono go z głębokiego snu; zdaje mu się, że śni jeszcze, widząc przy łóżku wujka Włodzimierza, który mu się wydaje jeszcze bardziej olbrzymi niż zwykle, istny koszmar, w obszernym rudym kaftanie, z obwisłymi wąsami, w dziwacznej szlafmycy229, sterczącej niby czapka perska i przedłużającej go w nieskończoność. Trzyma w ręce ślepą latarkę230, którą stawia na stole przy łóżku, obok zegarka Cadia. Pierwszą myślą Cadia było, że matka jego umarła albo zachorowała; już ma pytać Biełkowskiego, kiedy ten kładzie palec na ustach i daje mu znak, aby wstał. Dzieciak kładzie szybko kąpielowy płaszcz, który wuj wziął z krzesła i podał mu, wciąż ze zmarszczonymi brwiami i z miną wcale nie do żartów. Ale Cadio ma tak wielkie zaufanie do Wladi, że nie boi się ani przez chwilę; wzuwa pantofle i idzie za nim, bardzo zaintrygowany jego zachowaniem się i jak zawsze gotów do zabawy.

Wychodzą na korytarz: Włodzimierz posuwa się wolno, tajemniczo, trzymając daleko przed sobą latarnię; rzekłby ktoś, że oni dopełniają jakiegoś obrządku albo idą z procesją. Cadio chwieje się trochę, bo jeszcze jest pijany od snów, ale niebawem ciekawość rozjaśniła jego mózg. Zatrzymują się chwilę pod drzwiami matki, nadstawiając ucha; żadnego szmeru, dom śpi. Przybywszy do sieni, słyszą chrapanie służącego, którego izdebka ma drzwi w pobliżu strychu. Schodzą. Wladi miękko stawia nogi na stopniach; po najmniejszym skrzypnięciu odwraca się z miną tak wściekłą, że Cadio ledwie się może wstrzymać od śmiechu. Pokazuje specjalnie jeden stopień, dając znak, aby go przebyć, tak poważnie, jakby groziło jakieś niebezpieczeństwo. Cadio nie psuje swojej przyjemności pytaniem, czy te ostrożności są potrzebne; wchodzi w styl i sunąc koło poręczy, przebywa stopień... Wladi bawi go tak szalenie, że poszedłby za nim w ogień.

Kiedy znaleźli się na parterze, na przedostatnim stopniu, siadają obaj, aby wytchnąć przez chwilę. Wladi potrząsa głową i wydaje lekkie westchnienie nosem, jak gdyby mówiąc: „Och, to się nam udało!” Idą dalej. Cóż za ostrożność pod drzwiami salonu! Latarnia, którą teraz trzyma Cadio, oświeca pokój tak dziwacznie, że dzieciak zaledwie może go poznać; wydaje mu się olbrzymi; trochę księżyca wślizguje się przez szczelinę okiennicy; wszystko kąpie się w nadprzyrodzonym spokoju; rzekłbyś, staw, w który ma się rzucić potajemnie jastrzębia; i poznaje dobrze i na swoim miejscu każdą rzecz, ale po raz pierwszy rozumie ich dziwność.

Wladi zbliża się do fortepianu, otwiera go, muska końcem palców parę klawiszy, które odpowiadają bardzo słabo. Naraz wieko wymyka się i spadając, robi straszliwy hałas. (Lafcadio wzdryga się jeszcze na myśl o tym). Wladi rzuca się ku latarni, którą ściemnia, potem pada na fotel; Cadio wślizguje się pod stół; i obaj siedzą długo w ciemności, bez ruchu, nasłuchując... ale nic; nic nie ruszyło się w domu; w oddali pies szczeka do księżyca. Wówczas powoli, pomału Wladi robi trochę światła.

W sali jadalnej z jaką on miną przekręca klucz u kredensu! Dziecko wie dobrze, że to tylko zabawa, ale wuj zdaje się w nią wierzyć. Wciąga nosem, jak gdyby dla zwietrzenia, gdzie najlepiej pachnie; bierze butelkę tokaju, nalewa dwa małe kieliszki, w których ledwie można umoczyć biszkopt; trąca się, z palcem na ustach; kryształ dźwięczy leciutko... Po zakończeniu nocnej uczty Wladi stara się wszystko doprowadzić do porządku, płucze z Cadiem kieliszki w wiaderku, wyciera je, zamyka butelkę, zamyka puszkę z biszkoptami, strzepuje starannie okruchy, patrzy ostatni raz, czy wszystko w szafie jest na swoim miejscu... Ani widu, ani słychu.

Wladi odprowadza Cadia do jego pokoju i żegna go głębokim ukłonem. Cadio podejmuje swój sen tam, gdzie go pozostawił, i spyta sam siebie nazajutrz, czy mu się to wszystko nie śniło.