Zamknął drzwi i usiadł z powrotem.

„Nie mam żadnych papierów w walizie, a bielizna nie jest znaczona; cóż ryzykuję?... Mniejsza: trzeba siadać na statek możliwie najszybciej; to będzie może trochę mniej zabawnie, ale z pewnością o wiele rozsądniej”.

Tymczasem pociąg ruszył.

„Nie tyle walizy żałuję... ile kapelusza, który byłbym chciał odzyskać. Nie myślmy już o tym”.

Nabił nową fajeczkę, zapalił, po czym, zapuszczając rękę w kieszeń drugiej marynarki, wyjął naraz list Arniki, karnet agencji Cooka239 i żółtą kopertę, którą otworzył.

„Trzy, cztery, pięć, sześć tysięcy! To nie interesuje uczciwego człowieka”. Włożył z powrotem banknoty do koperty, a kopertę w kieszeń marynarki.

Ale kiedy w chwilę później obejrzał karnet Cooka, Lafcadio zdumiał się. Na pierwszej karcie widniało nazwisko „Julius Baraglioul”.

„Czy ja oszalałem? — pomyślał. — Co za związek z Juliusem?... Bilet skradziony?... Nie, niemożliwe. Pożyczony, bez żadnej wątpliwości. Narobiłem może bigosu, ci starcy są bardziej poplątani, niż się przypuszcza...”

Następnie, drżąc z ciekawości, otworzył list Arniki. Wypadek stawał się zbyt dziwny; Lafcadio zaledwie mógł przykuć swoją uwagę; zapewne, nie zdołał ustalić pokrewieństwa czy stosunków między Juliusem a tym starym, ale zrozumiał bodaj jedno: że Julius jest w Rzymie. Natychmiast powziął decyzję: ogarnęła go gwałtowna chęć ujrzenia brata, szalona ciekawość stania się świadkiem oddziałania całej przygody na ten spokojny i logiczny umysł.

„Postanowione! Dziś wieczór nocuję w Neapolu, odbieram bagaż i jutro wracam pierwszym pociągiem do Rzymu. To będzie z pewnością mniej rozsądne, ale może trochę zabawniejsze”.