„Jeżeli wyrzucę sześć — rzekł, wyjmując kostkę — wysiadam”.
Wyrzucił pięć.
„Wysiadam i tak. Prędko! Marynarka denata!... A teraz moja waliza”.
Pobiegł do przedziału.
Och! Wobec dziwności faktu, jakże wykrzyknik wydaje się bezużyteczny! Im bardziej zdumiewające jest wydarzenie, tym prostsza będzie moja opowieść. Powiem tedy po prostu: kiedy Lafcadio wrócił do przedziału po walizę, walizy już nie było.
Sądził zrazu, że się pomylił, wyszedł na korytarz... Ależ tak! Tutaj był przed chwilą. Oto widok Miramar... A więc... Skoczył do okna i zdawało mu się, że śni: na peronie, niedaleko jeszcze od wagonu, waliza jego oddalała się spokojnie w towarzystwie rosłego jegomościa, który unosił ją z wolna.
Lafcadio chciał skoczyć za nim; gest, który uczynił, aby otworzyć drzwiczki, strącił do jego nóg brązową marynarkę.
„O, do licha! Jeszcze trochę, a byłbym wpadł... Bądź co bądź, ten filut byłby szedł trochę szybciej, gdyby przypuszczał, że ja go mogę gonić. Czyżby widział?...”
Kiedy się pochylał naprzód, kropla krwi spłynęła mu po twarzy.
„Bierz licho walizę! Kostka dobrze powiedziała: nie powinienem wysiadać tutaj”.