„Zostawił mi swój wstrętny płaski kapelusz, który za chwilę kopnięciem nogi miałem wysłać za nim; ale zabrał mi mój, niech mu służy. Bardzo przezornie usunąłem z niego inicjały!... Ale została firma234 magazynu, w którym nie zamawia się co dzień kastorowych kapeluszy... Tym gorzej, pièce touchée235... Niech myślą, że to wypadek... Nie, skoro zamknąłem drzwiczki... Zatrzymać pociąg?... Ech, ech! Cadio, bez poprawek; wszystko jest tak, jak chciałeś.

Dowód, że całkowicie panuję nad sobą: sprawdzę najpierw spokojnie, co przedstawia fotografia, którą ten stary oglądał przed chwilą... Miramar!236 Nie mam najmniejszej ochoty zwiedzać tego... Duszno tutaj”.

Otworzył okno.

„Bydlę podrapało mnie. Krwawię... Bardzo boli. Trzeba trochę wody; toaleta jest na końcu korytarza na lewo. Weźmy drugą chustkę”.

Ściągnął z siatki walizę i otworzył ją na ławce, w miejscu, gdzie poprzednio siedział.

„Jeśli się z kim minę w korytarzu: spokój!... Nie, serce mi już nie bije. Idźmyż... A, jego marynarka; mogę ją schować łatwo pod moją. Papiery w kieszeni: będę miał zajęcie na resztę drogi”.

Była to biedna wysłużona marynarka, brunatnego koloru, z rzadkiego, szorstkiego i pospolitego sukna. Nie bez obrzydzenia Lafcadio zawiesił ją na wieszaku w ciasnej toalecie, gdzie się zamknął; po czym, pochylony nad miednicą, zaczął się oglądać w lustrze.

Szyja była w dwóch miejscach dość brzydko porysowana; wąska, czerwona smuga szła od karku i kończyła się nad lewym uchem; druga, krótsza — proste zadrapanie — dwa centymetry ponad tamtą, szła prosto do ucha, które naderwała trochę. Krwawiło, ale mniej, niżby się mógł obawiać; ból, którego nie czuł zrazu, odezwał się dość żywo. Zmaczał chustkę, zmył krew, po czym wyprał chustkę.

„Nie powalałem sobie kołnierzyka — pomyślał, poprawiając odzież — wszystko dobrze”.

Miał wyjść; w tej chwili lokomotywa wydała gwizd; sznur świateł przemknął za matową szybą klozetu. Była to Kapua237. Wysiąść na tej stacji, tak bliskiej wypadku, i pobiec w ciemność po swój kapelusz... ta myśl olśniła go. Żałował bardzo swojego kapelusza, miękkiego, lekkiego, jedwabistego, ciepłego i chłodnego zarazem, niegniotącego się, o tak dyskretnej elegancji. Ale ponad wszystko brzydził się niezdecydowaniem i zachował od wielu lat, niby talizman, kość od tryktraka238, którą swego czasu darował mu Baldi; nosił ją zawsze przy sobie, miał ją w kieszeni kamizelki.