„Kto by zobaczył? — myślał Lafcadio. — Mam tutaj, tuż pod ręką, ten podwójny zamek, który mogę z łatwością przekręcić; te drzwi, które otworzone nagle pozwoliłyby mu runąć; wystarczyłoby lekkie pchnięcie; spadłby w ciemność jak martwy kloc, nie usłyszano by nawet krzyku... A jutro, w drogę na wyspy!... Któż by wiedział?”
Włożywszy krawat — mały gotowy motylek — Fleurissoire wziął jeden mankiet i wsuwał go na prawą rękę; czyniąc to, oglądał ze swojego miejsca jedną z czterech fotografii, które zdobiły przedział: jakiś nadmorski pałac.
„Zbrodnia bez motywu — myślał dalej Lafcadio — cóż za kłopot dla policji! Zresztą, na tej przeklętej skarpie ktokolwiek z sąsiedniego przedziału może zauważyć otwieranie drzwiczek i widzieć koziołkujący cień Chińczyka233. Przynajmniej firanki od korytarza są zasunięte... Zresztą, nie tyle wypadków jestem ciekawy, ile samego siebie. Niejeden, który uważa się za zdecydowanego na wszystko, w obliczu czynu cofnie się... Jakże daleko jest od wyobrażenia do faktu! I tak samo nie ma się prawa poprawienia ruchu jak w szachach. Ba, gdyby obliczyć wszelkie ryzyko, gra straciłaby swój urok!... A skarpa się kończy. Jesteśmy na moście, zdaje się; jakaś rzeka...”
Na tle szyby, obecnie czarnej, obrazy odbijały się wyraźniej. Fleurissoire pochylił się, aby sprawdzić położenie krawata.
„Tu, pod moją ręką, ten podwójny rygiel chodzi, dalibóg! jeszcze łatwiej, niżbym przypuszczał. Roztargniony jest, patrzy daleko przed siebie... Jeżeli zdołam, nie spiesząc się, doliczyć do dwunastu, zanim ujrzę we wsi jakieś światło, tapir jest ocalony. Zaczynam: raz, dwa, trzy, cztery (wolno, wolno!), pięć, sześć, siedem, osiem, dziewięć... Dziesięć, światło!...”
II
Fleurissoire nie wydał krzyku. Pchnięty przez Lafcadia w obliczu rozwartej nagle przed nim przepaści, zrobił szeroki gest, aby się czegoś chwycić. Lewą ręką chwytał się gładkiej ramy drzwiczek, podczas gdy — na wpół odwrócony — zarzucił prawą rękę ponad Lafcadiem daleko wstecz, miotając pod ławkę, w kąt wagonu, drugi mankiet, który właśnie wkładał.
Lafcadio uczuł, że mu na kark spada ohydny szpon; spuścił głowę i pchnął drugi raz, niecierpliwiej niż poprzednio: paznokcie przeorały mu szyję; Fleurissoire zdołał się już tylko uczepić kastorowego kapelusza, który pochwycił rozpaczliwie i który uniósł ze sobą, padając.
„A teraz zimnej krwi — rzekł sobie Lafcadio. — Nie trzaskać drzwiami, mógłby ktoś usłyszeć obok”.
Z wysiłkiem przyciągnął drzwiczki ku sobie, pod wiatr, potem zamknął je cicho.