Na co Julius uroczyście:
— Podczas gdy wdzięczność wobec Boga wiązałaby cię...
— Tak, bracie, i oto dlaczego nie modlę się.
— Inni modlili się za ciebie, mój drogi.
To Weronika przemówiła; dotąd nie rzekła nic. Na dźwięk tego słodkiego głosu, zbyt dobrze znanego, Antym podskakuje, traci wszelki hamulec. Najsprzeczniejsze okrzyki cisną mu się do ust: po pierwsze, nikt nie ma prawa modlić się za kogoś wbrew czyjejś woli; prosić o łaskę dla kogoś bez jego wiedzy; to jest zdrada. Nic nie wskórała, tym lepiej! To dowiedzie, co są warte jej modlitwy! Ma z czego być dumna!... Ale, ostatecznie, może nie dosyć się modliła?
— Bądź spokojny, robię to nadal — podjęła Weronika równie łagodnie jak wprzódy.
Następnie, uśmiechnięta i jakby poza sferą gniewu męża, opowiada Małgorzacie, że co wieczór, bez wyjątku, pali w imię Antyma dwie świece przed Madonną na rogu domu, tam właśnie, gdzie niegdyś Weronika ujrzała żegnającego się Beppa. Dzieciak sypiał tuż obok w zagłębieniu muru, gdzie Weronika była pewna, że go zastanie o oznaczonej godzinie. Nie mogła dosięgnąć sama niszy, umieszczonej tak, aby przechodnie nie dostali jej ręką; Beppo (był to teraz wysmukły piętnastoletni młodzieniec), wspinając się na kamienie i chwytając się metalowego pierścienia, ustawiał płonące świece przed świętym obrazem... I nieznacznie45 rozmowa odwracała się od Antyma, zamykała się ponad nim, obie siostry mówiły teraz o wzruszającej pobożności ludu, dzięki której najlichszy posąg jest najbardziej czczony...
Antym osłupiał. Jak to! Więc nie wystarczy, że już rano za jego plecami Weronika nakarmiła jego szczury? Teraz pali świece! Za niego! Jego żona! I wciąga Beppa do tej głupiej komedii... Ha! ha! Zobaczymy!...
Krew uderza Antymowi do głowy; dławi się, skronie walą mu jak młotem. Olbrzymim wysiłkiem woli wstaje, przewracając krzesło; wylewa na obrus szklankę wody; wyciera czoło... Czy mu się słabo robi?... Weronika śpieszy ku niemu; Antym odpycha ją brutalnie, pomyka ku drzwiom, trzaska nimi i już słychać w korytarzu jego oddalający się nierówny krok z głuchym kuśtykaniem kuli.
— Moja biedna Weroniko! — powiada wreszcie Małgorzata. Ale przy tej sposobności jeszcze raz zaznacza się różnica charakteru dwu sióstr. Dusza Małgorzaty sporządzona jest z owego cudownego materiału, z którego Bóg robi swoich męczenników. Wie o tym i łaknie cierpienia. Nieszczęściem życie nie przynosi jej nic złego; mając od życia samo dobre, jej zdolność mężnego znoszenia cierpień zmuszona jest szukać pokarmu w małych przeciwnościach; korzysta z najdrobniejszych rzeczy, aby zyskać jakąś rankę; zaczepia się i kaleczy o wszystko. Niewątpliwie, umie się urządzić tak, aby jej uchybiano; ale Julius coraz mniej daje pokarmu jej cnocie: jak się tu dziwić, że Małgorzata staje się coraz bardziej markotna i zgryźliwa? Z mężem takim, jak Antym, cóż za wspaniały los! Z bólem patrzy, że siostra korzysta z tego tak mało; w istocie, Weronika uchyla się od zaczepek; po jej wiekuistej słodyczy ześlizguje się wszystko: sarkazm, drwiny — i z pewnością już od dawna pogodziła się z samotnością swego życia; poza tym Antym nie jest dla niej zły i może mówić, co mu się podoba! Ona tłumaczy, że jeżeli mąż podnosi głos, to dlatego że mu brak ruchu; mniej by się unosił, gdyby mógł więcej chodzić. I kiedy Julius spytał, gdzie on mógł iść, Weronika odpowiada: „Do pracowni”.