Skanduje słowa, sylaby, podniósł głos do diapazonu44 swego gniewu; jest ohydny.
— Nie chciałbyś... ależ czemu? — pyta bardzo spokojnie Julius.
— Boby mnie to zmusiło uwierzyć w Tego, który nie istnieje.
To mówiąc, uderza pięścią w stół.
Małgorzata i Weronika wymieniły niespokojne spojrzenie, po czym obie skierowały wzrok na Julcię.
— Sądzę, że czas jest iść spać, moje dziecko — rzekła matka. — Kładź się prędko, przyjdziemy cię uściskać w łóżeczku.
Dziecko, przerażone okropnymi słowami i szatańskim obliczem wuja, ucieka.
— Ja chcę, jeżeli wyzdrowieję, zawdzięczać to jedynie sobie. Basta!
— Jak to? A lekarz? — spytała Małgorzata.
— Płacę mu za kurację i jesteśmy kwita.