Patrzy przez chwilę, otrzeźwiony, na smutny wynik swego gestu: osiągnąć ten pocieszny rezultat... Och, pfe! Szuka oczami Beppa; dzieciak znikł. Noc zapada, Antym jest sam; widzi na bruku szczątek, który przed chwilą odbił swoją kulą, zbiera go: to mała gipsowa ręka. Wzruszając ramionami, wsuwa ją w kieszeń kamizelki.
Ze wstydem na czole, z wściekłością w sercu, obrazoburca wraca do swojej pracowni; chciałby pracować, ale ten ohydny wysiłek złamał go; zdolny jest już tylko spać. Tak, położy się zaraz do łóżka, nie mówiąc dobranoc nikomu... Ale w chwili gdy Antym wchodzi do sypialni, zatrzymuje go dźwięk głosu. Drzwi sąsiedniego pokoju są otwarte, Antym wsuwa się w ciemny korytarz...
Podobna jakiemuś domowemu aniołkowi, mała Julcia klęczy w koszuli na łóżku; w głowach łóżka, skąpane w jasności lampy, Weronika i Małgorzata również klęczą obie; trochę dalej, opodal łóżka, Julius z jedną ręką na sercu, drugą zasłaniając sobie oczy, w postawie nabożnej zarazem i męskiej — słuchają, jak dziecko mówi pacierz. Wielka cisza spowija tę scenę, taka, że budzi w uczonym wspomnienie pewnego spokojnego i złotego wieczora na brzegu Nilu, gdzie, jak ta modlitwa dziecięca, błękitny dym wznosił się prosto do czystego nieba.
Modlitwa zbliża się widocznie do końca: porzucając wyuczone formułki, dziecko modli się teraz obficie wedle głosu swego serca; modli się za małe sieroty, za chorych i ubogich, za siostrę Genowefę, za ciocię Weronikę, za tatusia, żeby oko mamusi szybko wyzdrowiało... Serce Antyma ściska się; bardzo głośno, tonem, który ma być ironiczny, rozlega się z progu jego głos:
— A dla wujka o nic nie prosisz Bozi?
Wówczas ku zdumieniu wszystkich dziecko odpowiada głosem bardzo pewnym:
— I modlę się do Ciebie, Boże, za grzechy wuja Antyma.
Te słowa ugodziły ateusza w samo serce.
VI
Tej nocy Antym miał sen. Ktoś pukał do jego pokoju: nie do drzwi z korytarza ani z sąsiedniego pokoju; pukano do innych drzwi, których na jawie nigdy dotąd nie zauważył, a które wychodziły prosto na ulicę. To sprawiło, że się przeląkł i że najpierw, za całą odpowiedź, przycupnął cicho. Słaby blask pozwolił mu rozpoznać w pokoju drobne przedmioty; była to łagodna i chwiejna jasność, podobna światłu nocnej lampki; a jednak nie palił się żaden płomień. Kiedy sobie próbował wytłumaczyć, skąd pochodzi to światło, rozległo się ponowne pukanie.