— Żegnam pana.

Lafcadio skłonił się poważnie i wyszedł.

Wrócił do swego pokoju, o piętro wyżej. Na wpół rozebrany rzucił się na łóżko. Wieczór był bardzo gorący, noc nie przyniosła ochłody. Okno było na oścież otwarte, ale żaden podmuch nie wzruszał powietrza; dalekie kule elektryczne na placu Term259, od którego dzieliły hotel ogrody, napełniały pokój błękitnym i mętnym światłem, jakby płynącym z księżyca. Lafcadio chciał zebrać myśli, ale owładnęło nim dziwne odrętwienie; nie myślał ani o swojej zbrodni, ani o sposobach ocalenia się; próbował jedynie nie słyszeć już okrutnych słów Juliusa: „Zaczynałem cię kochać...” Jeżeli on nie kocha Juliusa, czyż te słowa warte są jego łez? Czy naprawdę dlatego płakał?... Noc była tak słodka... Miał uczucie, że wystarczyłoby mu tylko poddać się, aby umrzeć. Sięgnął do karafki z wodą przy łóżku, zmoczył chustkę i przyłożył ją na serce, które go bolało.

„Żaden napój tego świata nie orzeźwi już tego wyschłego serca!” — powiadał sobie, pozwalając łzom spływać aż na wargi, aby smakować ich gorycz. W uszach dźwięczały mu wiersze, które wyczytał nie wiadomo gdzie i których nie umiał sobie przypomnieć:

My heart aches: a drowsy numbness pains

My senses...260

Zasnął.

Czy on śni? Czy nie słyszał pukania do drzwi? Drzwi, których Lafcadio nigdy nie zamykał na noc, otwarły się cicho, aby przepuścić delikatny biały kształt posuwający się naprzód. Słyszy słabe wołanie:

— Lafcadio... czy jesteś tu, Lafcadio?

Na wpół uśpiony, Lafcadio poznaje jednakże ten głos. Ale czy jeszcze wątpi o realności tak uroczego zjawiska? Czy boi się, aby jedno słowo, jeden gest nie spłoszyły go?... Milczy.