— Nie mówię ściśle tego, ale...
— Dodajmy, że to był właśnie jedyny człowiek, który mógł mnie zadenuncjować.
— Sam widzisz, że rzecz nie jest beznadziejna.
Julius wstał, skierował się do okna, poprawił fałdy portiery, wrócił, po czym pochylony naprzód, z rękami skrzyżowanymi na grzbiecie fotela, rzekł:
— Lafcadio, nie chciałbym cię wypuścić stąd bez jakiejś rady. Od ciebie jedynie zależy, jestem o tym przekonany, zostać znów uczciwym człowiekiem i zająć miejsce w społeczeństwie, o tyle przynajmniej, o ile urodzenie ci na to pozwala... Kościół przyjdzie ci z pomocą. No, chłopcze, trochę odwagi: idź się wyspowiadać.
Lafcadio nie mógł wstrzymać uśmiechu.
— Rozważę pańskie życzliwe słowa. — Zrobił krok naprzód, po czym dodał: — Bez wątpienia woli pan nie dotykać ręki mordercy. Ale chciałbym jednak podziękować panu za jego...
— Dobrze już, dobrze — rzekł Julius z serdecznym i odległym gestem. — Bądź zdrów, mój chłopcze. Nie śmiem ci powiedzieć: do widzenia. Jednakże, gdybyś w przyszłości...
— Na razie, nie ma mi pan nic do powiedzenia?
— Nic już na teraz.