Beppo, urodzony stręczyciel, dostarczyłby bodaj orła albo wilczycę z Kapitolu. Lubił to rzemiosło, sprzyjające jego upodobaniu do włóczęgi. Antym ofiarował mu dziesięć su dziennie; chłopiec pomagał też sprzątać. Weronika patrzała nań zrazu niechętnie; ale od chwili, w której ujrzała, że się żegna, przechodząc koło Madonny na rogu domu, wybaczyła mu jego łachmany i pozwoliła mu nosić do kuchni wodę, węgiel i drzewo; nosił nawet koszyk, kiedy towarzyszył Weronice na targ, we wtorki lub w piątki, dnie, w których Karolina, kucharka przywieziona z Paryża, była bardziej zajęta.

Beppo nie lubił Weroniki, ale rozkochał się w uczonym, który z czasem, zamiast schodzić z trudem na podwórze po swoją porcję ofiar, pozwolił dzieciakowi zachodzić do laboratorium. Był tam dostęp wprost przez taras, połączony ukrytymi schodkami z dziedzińcem. Pogrążone w zgryźliwej samotności serce Antyma biło trochę, ilekroć usłyszał lekki tupot bosych nóżąt na podłodze. Ale nie okazywał nic; nic go nie odrywało od pracy.

Dzieciak nie pukał do oszklonych drzwi, ale skrobał; kiedy zaś Antym, zgięty przy stole, nie dawał żadnego znaku, zbliżał się o cztery kroki i rzucał swoim świeżym głosem: „Permesso?10, które napełniało pokój błękitem. Z głosu można by rzec — anioł, a to był pomocnik kata. Jakąż nową ofiarę przynosił w worku, który kładł na stole udręczeń? Często Antym, zbyt pochłonięty pracą, nie od razu otwierał worek; obejmował go bystrym wzrokiem; z chwilą gdy płótno drżało, to był dobry znak; szczur, mysz, wróbel, żaba, wszystko było dobre dla tego Molocha11. Czasami Beppo nie przynosił nic, ale wchodził i tak; wiedział, że pan Armand-Dubois oczekuje go choćby z próżnymi rękami. I podczas gdy milczące dziecko pochylało się obok uczonego nad jakimś ohydnym doświadczeniem, nie ręczyłbym, czy uczony nie doznawał satysfakcji samozwańczego bożka, czując zdumione oczy malca spoglądające to ze zgrozą na zwierzę, to z podziwem na niego samego.

W oczekiwaniu, aż się weźmie do człowieka, Antym Armand-Dubois silił się po prostu sprowadzić do „tropizmów”12 wszelkie objawy życia u zwierząt, które obserwował. Tropizmy! Zaledwie puszczono w obieg to słowo, nie chciano już znać niczego innego, cała szkoła psychologów uznawała już tylko tropizmy. Tropizmy! Co za nagłe światło biło z tych zgłosek! Oczywiście, organizm ulega tym samym pobudzeniom, co heliotrop13, kiedy ta bezwolna roślina obraca kwiat ku słońcu (co z łatwością da się sprowadzić do paru prostych praw fizyki i termochemii). Nareszcie kosmos stawał się pełen pocieszającej prostoty! W najbardziej zdumiewających odruchach żywej istoty można po prostu ujrzeć doskonałe posłuszeństwo wobec odczynnika.

Aby dojść do celu, aby wydobyć z pokonanego zwierzęcia wyznanie jego prostoty, Antym Armand-Dubois wymyślił skomplikowany system skrzynek z korytarzykami, z pułapkami, z labiryntami, z przegródkami, z których jedne zawierały żywność, drugie nic albo jakiś proszek powodujący kichanie; z drzwiczkami rozmaitego kształtu lub koloru: diaboliczne aparaty, które niebawem zyskały szalony sukces w Niemczech i które pod nazwą Vexierkasten14 pozwoliły nowej szkole psychofizjologicznej uczynić jeden krok więcej w niedowiarstwie. I, aby działać rozmaicie na ten czy ów zmysł zwierzęcia, na tę lub ową partię mózgu, oślepiał jedne, ogłuszał drugie, kastrował je, obłuszczał, wymóżdżał, ogałacał z tego lub owego narządu, o którym przysięglibyście, że jest niezbędny, a bez którego zwierzę, ku zbudowaniu Antyma, obchodziło się.

Jego referat o odruchach warunkowych zrewolucjonizował uniwersytet w Uppsali15: wszczęto zawzięte dyskusje, w których wzięła udział elita zagranicznych uczonych. Tymczasem w myśli Antyma kłębiły się nowe zagadnienia; pozwalając tedy spierać się kolegom, prowadził swoje badania w innych kierunkach, zamierzając przyprzeć do muru Boga w jego najbardziej sekretnych kryjówkach.

Nie wystarczyło mu przyjąć grosso modo16 to, że każda czynność powoduje zużycie, ani to, że zwierzę wydatkuje się przez samo funkcjonowanie mięśni albo zmysłów. Po każdym wydatku pytał: „Ile?” I kiedy wycieńczony pacjent starał się odzyskać siły, Antym, zamiast go żywić, ważył go. Wprowadzenie nowych składników zanadto by skomplikowało następujące doświadczenie: sześć głodnych i skrępowanych szczurów szło co dzień na wagę: dwa ślepe, dwa jednookie, dwa widzące, których wzrok nużył bezustannie mechanicznym młynkiem. Po pięciu dniach postu, jaki był stosunek ewentualnej utraty na wadze? Codziennie po południu Armand-Dubois na małych specjalnych tabelkach przydawał nowe tryumfalne cyfry.

II

Jubileusz zbliżał się. Armand-Dubois z żoną oczekiwał lada dzień państwa Baraglioul. Kiedy pewnego rana przyszła depesza oznajmiająca ich przybycie wieczorem, Antym wyszedł, aby kupić sobie krawat.

Antym wychodził niewiele; możliwie najmniej, ile że poruszał się z trudem. Weronika chętnie załatwiała mu sprawunki albo sprowadzała mu rękodzielników, którzy przyjmowali zamówienie. Antym nie troszczył się już o modę, ale mimo całej skromności krawata, którego pragnął (prosty węzeł z czarnej popeliny), chciał go sobie sam wybrać. Brązowy, atłasowy plastron17, który kupił na drogę i który nosił w pierwszych dniach w hotelu, wymykał się z kamizelki, którą Antym nosił bardzo otwartą; następca jego, kremowy fular18, spięty szpilką ze starą, wielką, niedrogą kameą19, wydałby się pani de Baraglioul bardzo negliżowy. Źle zrobił, że porzucił czarne motylki20, już uszyte, jakie nosił zazwyczaj w Paryżu, a zwłaszcza że nie zachował jednego na wzór. Jakie modele mu zaproponują? Nie zdecyduje się, nim zwiedzi kilka magazynów na Corso21 i na via dei Condotti. Fontazie22 były fantazyjne dla człowieka pięćdziesięcioletniego; stanowczo najodpowiedniejszy był gotowy, zupełnie gładki, z czarnej matowej materii.