Śniadanie miało być o pierwszej. Antym wrócił koło południa ze swoim sprawunkiem, właśnie na czas, aby zważyć zwierzęta.

Antym nie był strojnisiem, och, nie; mimo to uczuł potrzebę przymierzenia krawata, zanim się weźmie do pracy. Leżał tam ułomek lustra, który służył mu niegdyś do wywoływania tropizmów: oparł go o jakąś klatkę i nachylił się ku własnemu odbiciu.

Antym nosił „na jeża” włosy jeszcze gęste, niegdyś rude, dziś wpadające w ów niepewny szarożółty ton, jaki przybiera stare pozłacane srebro; krzaczaste brwi sterczały nad oczami szarymi i zimnymi jak niebo zimowe; wysoko ucięte, krótkie bokobrody zachowały ten sam płowy odcień co nastroszone wąsy. Przeciągnął dłonią po płaskich policzkach i po szerokim, kwadratowym podbródku.

— Tak, tak — mruknął — ogolę się później.

Wyjął z koperty krawat, położył go przed sobą, wyjął szpilkę z kameą, zdjął fular. Potężny jego kark tkwił w niezbyt wysokim i głęboko wyciętym z przodu kołnierzyku z zagiętymi rogami. Tutaj, mimo intencji notowania jedynie rzeczy zasadniczych, nie mogę pominąć milczeniem guza Antyma Armand-Dubois. Dopóki bowiem nie nauczę się bieglej rozróżniać rzeczy przypadkowych od nieodzownych, czegoż mogę żądać od swego pióra, jeśli nie ścisłości i dokładności? Któż w istocie mógłby twierdzić, że ten guz nie odgrywał żadnej roli, że nic nie ważył w decyzjach tego, co Antym nazywał swoją wolną myślą? Chętniej już przechodził do porządku nad swoim ischiasem23; ale tej szykany nie mógł darować Panu Bogu.

Przyszło mu to nie wiadomo skąd, niedługo po ożenieniu się; najpierw zjawił się na południowy wschód od lewego ucha, gdzie skóra zaczyna porastać włosem, nieznaczny groszek; przez długi czas mógł ukryć tę wybujałość pod puklem włosów, które sczesywał na to miejsce; nawet Weronika nie zauważyła nic. Aż raz, podczas jakiejś czulszej nocy, natrafiła ręką na guzek.

— O, co ty tu masz? — wykrzyknęła.

I, jak gdyby zdemaskowana narośl nie potrzebowała się już ukrywać, doszła w niewiele miesięcy do wielkości jajka kuropatwy, potem perliczki, potem kury i zatrzymała się na tym, podczas gdy przerzedzone włosy rozdzielały się w tym miejscu, obnażając ją. W czterdziestym szóstym roku życia Antym Armand-Dubois nie myślał już o tym, aby się podobać; ostrzygł krótko włosy i zaczął nosić owe kołnierzyki, których specjalny krój równocześnie ukrywał guz i odsłaniał go. Ale dosyć już o guzie Antyma.

Założył krawat na szyję. W środku krawata poprzez metalową klamerkę miała przejść wstążka, którą znowuż miał przytrzymać zatrzask. Sprytny ten przyrządzik czekał tylko na przejście wstążki, aby się odpruć od krawata, który spadł na stół operacyjny. Trzeba było się uciec do Weroniki; nadbiegła na wezwanie.

— Masz, przyszyj mi to — rzekł Antym.