Julius mówił szybciej i głośniej niż zazwyczaj, aby dowieść samemu sobie, że nie jest zakłopotany. Czoło Lafcadia zmarszczyło się prawie nieznacznie, przeszedł w róg pokoju, wziął parasol Juliusa i zaniósł go na korytarz, aby ociekł; następnie, wracając do pokoju, zaprosił Juliusa gestem, aby usiadł.

— Zapewne dziwi pana, że mnie pan tu zastaje?

Lafcadio wyjął spokojnie papierosa ze srebrnej papierośnicy i zapalił.

— Wytłumaczę panu w kilku słowach powody, które mnie sprowadzają i które pan zrozumie bardzo szybko.

Im więcej mówił, tym bardziej czuł, że jego pewność siebie się ulatnia.

— Zatem... Ale pozwoli pan najpierw, że powiem swoje nazwisko — po czym, jakby zażenowany, że je ma powiedzieć, wyjął z kieszeni bilet i podał go Lafcadiowi, który nie patrząc, położył bilet na stole.

— Jestem... Ukończyłem pracę dość ważną; to drobna praca, której nie mam czasu sam przepisać na czysto. Ktoś mi mówił o panu, że pan ma doskonałe pismo, a z drugiej strony pomyślałem — tu spojrzenie Juliusa przebiegło wymownie nagie ściany pokoju — pomyślałem, że nie byłby pan może nierad...

— Nie ma nikogo w Paryżu — przerwał Lafcadio — nikogo, kto by mógł panu mówić o moim piśmie. — Skierował oczy na szufladę, z której Julius zerwał, nie wiedząc o tym, niedostrzegalną pieczęć z wosku; po czym, obracając gwałtownie klucz w zamku i kładąc go następnie do kieszeni: — Nikogo, kto by miał prawo o nim mówić — dodał, widząc, jak Julius się rumieni. — Z drugiej strony — mówił bardzo wolno, jakby bezmyślnie, bez żadnej intonacji — nie widzę jasno przyczyn, jakie pan może mieć... — spojrzał na bilet — jakie może mieć hrabia Julius de Baraglioul, aby się mną szczególnie interesować. Jednakże — i nagle jego głos na wzór głosu Juliusa zrobił się namaszczony i giętki — pańska propozycja zasługuje, aby ją wziął pod rozwagę ktoś, kto potrzebuje pieniędzy, jak to nie uszło pańskiej uwagi. — Wstał. — Pozwoli pan, że mu dam odpowiedź jutro rano.

Zachęta do wyjścia była wyraźna. Julius czuł się w nazbyt fałszywej pozycji, aby nalegać; wziął kapelusz, wahał się chwilę.

— Byłbym pragnął porozmawiać z panem dłużej — rzekł niezręcznie. — Pozwoli mi pan mieć nadzieję, że jutro... Będę pana czekał od dziesiątej.