Błękit wyłaniał się z paru lekkich chmurek, które trącał dość żwawy wietrzyk. „Importa di domesticare questo nuovo proposito92 — powiedział sobie Lafcadio, który nade wszystko cenił swobodne rozporządzanie samym sobą. Po czym, zwątpiwszy, aby zdołał okiełzać tę burzliwą myśl, postanowił wygnać ją na chwilę z mózgu. Wyjął z kieszeni powieść Juliusa i uczynił wielki wysiłek, aby się w niej zagłębić; ale książka nie miała gąszczów ani tajemnic i najmniej była zdolna dać mu uciec przed samym sobą.

„A przecież jutro mam zostać sekretarzem autora tej rzeczy!” — powtarzał sobie mimo woli.

Kupił gazetę w kiosku i wszedł do Ogrodu Luksemburskiego. Ławki były mokre; otworzył książkę, usiadł na niej i rozłożył dziennik, aby przeczytać kronikę. Natychmiast oczy jego padły na te wiersze, jak gdyby wiedział, że się tam znajdują:

Zdrowie hrabiego Justusa Agenora de Baraglioul, które jak wiadomo budziło w ostatnich dniach poważne obawy, zdaje się poprawiać; mimo to stan jego jest jeszcze poważny i nie pozwala mu przyjmować nikogo prócz paru najbliższych.

Lafcadio podskoczył na ławce; w jednej chwili postanowienie jego zapadło. Zapominając książki, popędził do składu papieru przy ulicy Médicis, gdzie sobie przypomniał, iż widział na wystawie obietnicę „biletów wizytowych natychmiast, po trzy franki setka”. Uśmiechnął się; śmiałość nagłego projektu bawiła go, tęsknił bowiem za przygodą.

— Ile czasu trzeba na setkę biletów? — spytał kupca.

— Będzie je pan miał na wieczór.

— Płacę podwójnie, jeżeli mi ich pan dostarczy do drugiej.

Kupiec udał, że sprawdza książkę zamówień.

— Dla pana... dobrze, może pan po nie przyjść o drugiej. Imię i nazwisko?