Na karcie, którą mu podał kupiec, bez drżenia, bez rumieńca, ale z lekkim skurczem serca podpisał:
LAFCADIO DE BARAGLIOUL
„Ten chłystek nie bierze mnie serio” — powiedział sobie, odchodząc, urażony, że nie otrzymał głębszego ukłonu kupca. Po czym, przechodząc koło lustrzanej szyby, mruknął:
— Trzeba przyznać, że nie bardzo mam minę Baraglioula! Spróbujemy do tego czasu lepiej się ucharakteryzować.
Nie było jeszcze południa. Lafcadio, którego ogarnęło fantastyczne podniecenie, nie czuł apetytu.
„Pochodźmy najpierw trochę albo ulecę w powietrze — pomyślał. — I trzymajmy się środka ulicy! Jeżeli się do nich zbliżę, ci przechodnie spostrzegą, że ich przerastam o parę głów. Jeszcze jedna wyższość do ukrycia. Nigdy człowiek nie przestaje się kształcić”.
Wszedł do urzędu pocztowego.
„Plac Malesherbes to bardzo blisko — powiedział sobie, znajdując w książce adresowej mieszkanie hrabiego Justusa Agenora. — Ale co mi przeszkadza dziś rano jeszcze zrobić rekonesans na ulicy de Verneuil?” (To był adres wypisany na bilecie Juliusa).
Lafcadio znał tę dzielnicę i lubił ją. Porzucając zbyt uczęszczane arterie, skręcił w spokojną ulicę Vaneau, gdzie jego młodzieńcza radość mogła oddychać swobodniej. Kiedy skręcał w ulicę Babylone, ujrzał, że ludzie biegną: w pobliżu impasse Oudinot tworzyło się zbiegowisko pod dwupiętrowym domem, z którego wychodził dosyć leniwy dym. Lafcadio zmusił się, aby zanadto nie przyśpieszyć kroku, mimo że chód miał nader elastyczny...
Lafcadio, mój przyjacielu, wkraczasz w kronikę policyjną i pióro moje opuszcza cię. Nie spodziewaj się, abym odtwarzał bezładne wołania tłumu, krzyki...