Wnikając w tłum, wijąc się w nim jak węgorz, Lafcadio dostał się do pierwszego rzędu. Tam płakała jakaś klęcząca biedota.
— Moje dzieci, moje małe dzieci — mówiła.
Podtrzymywała ją jakaś młoda panna; wykwintna prostota jej stroju świadczyła, że to nie jest krewna tamtej: była bardzo blada i tak piękna, że urzeczony nią Lafcadio natychmiast ją zagadnął.
— Nie, proszę pana, nie znam jej. Zrozumiałam tyle, że dwoje małych dzieci tej kobiety jest w pokoju na drugim piętrze, dokąd niebawem dostaną się płomienie; już palą się schody; uprzedzono strażaków, ale zanim przybędą, dym zadusi tych malców... Proszę pana, czy nie byłoby możebne dostać się na balkon po tym murze, o, widzi pan, pomagając sobie tą rynną? To jest droga, którą już raz posłużyli się złodzieje, wedle tego, co ci ludzie powiadają; ale tego, co inni zrobili dla kradzieży, nikt tutaj nie śmie uczynić dla ocalenia dzieci. Daremnie przyrzekałam tę sakiewkę. Och, czemuż nie jestem mężczyzną!...
Lafcadio nie słuchał dłużej. Złożył laskę i kapelusz u stóp panny i rzucił się w stronę pożaru. Aby się wdrapać na mur, nie potrzebował niczyjej pomocy. Podciągnął się. Obecnie, wyprostowany, posuwał się po grzebieniu, unikając skorup, którymi mur jeżył się miejscami.
Ale osłupienie wzmogło się, kiedy chwytając się rynny, wzniósł się w oczach tłumu siłą samych ramion, opierając się tu i ówdzie końcami nóg na występach. Już, już dociera do balkonu, chwyta jedną ręką kratę; tłum podziwia i już nie drży, bo doprawdy młodzieniec robi to z cudowną swobodą. Jednym pchnięciem wybija szybę, znika w pokoju... Chwila oczekiwania i niewymownego lęku... Potem zjawia się znów, trzymając płaczącego brzdąca w ramionach. Z prześcieradła, które podarł i które powiązał ze sobą, sporządził rodzaj liny, przywiązuje dziecko, spuszcza je w ramiona oszalałej matki. Drugie to samo...
Kiedy Lafcadio sam zeszedł, tłum oklaskiwał go jak bohatera.
„Biorą mnie za klowna” — pomyślał, wściekły, że się rumieni, i z brutalną opryskliwością odtrącając owację. Jednakże kiedy młoda panna, do której znów się zbliżył, podała mu, zmieszana, wraz z laską i kapeluszem, przyrzeczoną sakiewkę, wziął sakiewkę z uśmiechem i wysypując z niej sześćdziesiąt franków, wręczył pieniądze biednej kobiecie, która dławiła w uścisku swoje dzieci.
— Czy pozwoli mi pani zachować sakiewkę na pamiątkę?
Była to mała haftowana sakiewka; Lafcadio ucałował ją. Popatrzyli na siebie chwilę. Młoda dziewczyna zdawała się wzruszona, jeszcze bledsza i jakby chciała mówić. Ale nagle Lafcadio, przedzierając się przez tłum przy pomocy laski, wymknął się z miną tak chmurną, że prawie natychmiast zaprzestano go oklaskiwać i biec za nim.