Wrócił do Luksemburgu, po czym, po krótkim posiłku „Pod Gambrynusem”, w pobliżu Odeonu, pobiegł do swego pokoju. Pod listwą u podłogi krył swoje zasoby: trzy dwudziesto- i jedna dziesięciofrankówka wyszły z ukrycia. Obliczał:
„Bilety wizytowe: sześć franków.
Para rękawiczek: pięć franków.
Krawat: pięć franków (czy znajdę coś przyzwoitego za tę cenę?).
Para trzewików: trzydzieści pięć franków (nie żądam od nich długiej służby)”.
Zostaje dziewiętnaście franków na nieprzewidziane. (Przez wstręt do zobowiązań Lafcadio płacił zawsze gotówką).
Podszedł do szafy i wydobył ciemny szewiotowy93 garnitur, doskonale skrojony, jeszcze świeży.
„Nieszczęście, że od owego czasu urosłem...” — powiedział sobie, wspominając świetną epokę, tak niedawną jeszcze, kiedy margrabia de Gesvres, jego ostatni wujaszek, prowadził go, drżącego z uciechy, do swoich dostawców.
Brzydki strój był dla Lafcadia tak wstrętny jak dla kalwina94 kłamstwo.
„Najpierw najpilniejsze. Wujaszek de Gesvres mawiał, że człowieka poznaje się po obuwiu”.