— Z mojej przyczyny! Niech pan wierzy, że...
— Ba! Od jakiegoś czasu myślałem, jak się jej pozbyć.
— Pan... żył z nią? — spytał niezgrabnie Julius.
— Tak; dla higieny... Ale możliwie najmniej; i raczej przez pamięć przyjaciela, który był wprzódy jej kochankiem.
— Może pan Protos? — zaryzykował Julius, zdecydowany połknąć swoje zgorszenia, wstręty, potępienia i okazać w tym pierwszym dniu zdziwienia jedynie tyle, ile trzeba będzie, aby ożywić nieco odpowiedzi młodzieńca.
— Tak, Protos — odparł, śmiejąc się, Lafcadio. — Chciałby pan wiedzieć, kto jest Protos?
— Poznając nieco pańskich przyjaciół, poznałbym może pana.
— To był Włoch, nazywał się... na honor, nie pamiętam już, i mniejsza o to! Koledzy, nauczyciele nie nazywali go inaczej niż tym przydomkiem, od czasu jak nagle załapał pierwszy stopień z greckiego ćwiczenia105.
— Nie przypominam sobie, abym był kiedykolwiek prymusem — rzekł Julius, aby ułatwić zwierzenia — ale i ja zawsze lubiłem przyjaźnić się z prymusami. Zatem, Protos...
— Och, to było wskutek zakładu, jaki zrobił. Przedtem był jednym z ostatnich w klasie, mimo że był jednym z najstarszych, gdy ja byłem jednym z najmłodszych; ale, na honor, też uczyłem się nietęgo106. Protos objawiał wielką pogardę dla wszystkiego, czego uczyli nasi nauczyciele; ale gdy jeden z naszych kujonów powiedział mu raz: „Wygodnie jest gardzić tym, do czego się nie jest zdolnym” (czy też coś w tym rodzaju), Protos wściekł się, zawziął się na dwa tygodnie i wziął się w kupę tak, że przy najbliższym zadaniu przegonił tamtego; był pierwszym ku zdumieniu nas wszystkich. Powinienem był powiedzieć: ich wszystkich. Co do mnie, miałem o Protosie zbyt wysokie pojęcie, aby mnie to mogło zdziwić. Powiedział: „Pokażę im, że to nie tak trudno”. Uwierzyłem mu.