To był żongler, kuglarz, prestidigitator, akrobata; w pierwszych czasach, kiedy zaczął bywać u nas, wyobraźnia moja zaledwie wyszła z długiego postu, jakiemu ją poddał Heldenbruck; byłem zgłodniały cudów, łatwowierny i pełen tkliwej ciekawości. Potem Baldi nauczył mnie swoich sztuczek; późniejsze przeniknięcie ich sekretów nie mogło zatrzeć wrażenia tajemniczości, kiedy pierwszego dnia ujrzałem, jak on paznokciem małego palca zapala papierosa, a potem, przegrawszy w karty, wyciąga z mego ucha i nosa tyle rubli, ile mu było trzeba. Przeraziło mnie to głęboko, ale bardzo zabawiło widzów, Baldi bowiem powtarzał wciąż z niewzruszonym spokojem: „Całe szczęście, że to dziecię jest niewyczerpaną kopalnią!”.

Wieczorami, kiedy był sam z moją matką i ze mną, zawsze wymyślił jakąś nową grę, jakąś niespodziankę lub psotę; małpował wszystkich znajomych, robił miny, odmieniał się do niepoznaki, naśladował wszystkie głosy, krzyki zwierząt, dźwięki instrumentów, wydobywał z siebie dziwne odgłosy, śpiewał, akompaniując sobie na gęśli113, tańczył, fikał, chodził na rękach; zdjąwszy trzewiki, żonglował nogami na sposób Japończyków, obracając parawanik albo stolik na końcu kciuka; jeszcze lepiej żonglował rękami; z pogniecionego i podartego papieru wypuszczał mnóstwo białych motyli, które pędziłem swoim oddechem, a które on utrzymywał w powietrzu ruchami wachlarza. Tak w jego pobliżu przedmioty traciły ciężar i rzeczywistość, nawet obecność, lub też nabierały jakiegoś nowego, nieoczekiwanego, dziwacznego znaczenia, obcego wszelkiemu użytkowi. „Mało jest rzeczy, którymi nie byłoby przyjemnie żonglować” — powiadał Baldi. Był przy tym tak zabawny, że konałem ze śmiechu, a matka wołała: „Przestań, Baldi! Cadio nie będzie mógł spać”. To pewne, że musiałem mieć mocne nerwy, aby wytrzymać takie podniecenia.

Dużom skorzystał z tej nauki; po paru miesiącach w niejednej sztuczce byłbym zakasował samego Baldiego, a nawet...

— Widzę, moje dziecko, żeś otrzymał wychowanie bardzo staranne — przerwał Julius.

Lafcadio zaczął się śmiać, nadzwyczaj ubawiony przerażoną miną powieściopisarza.

— Och, nic z tego nie weszło w głąb, niech się pan nie obawia! Ale był już czas, nieprawdaż, aby się zjawił wuj Faby. Bo to on zjawił się u matki, gdy Biełkowski i Baldi przenieśli się na nowe placówki.

— Faby? To ten, którego pismo widziałem na pierwszej stronie kajetu?

— Tak. Fabian Taylor, lord Gravensdale. Zabrał mamę i mnie do willi, którą wynajął blisko Duino, na Adriatyku, gdziem się bardzo wzmocnił. Wybrzeże tworzyło w tym miejscu skalisty półwysep, prawie całkowicie zajęty przez naszą posiadłość. Tam, pod sosnami, wśród skał, w głębi zatoki, lub też kąpiąc się i pluskając się w morzu, żyłem cały dzień jak dzikus. Z tej epoki datuje się fotografia, którą pan widział; spaliłem ją również.

— Zdaje mi się — rzekł Julius — że w danej okoliczności mógł się pan był ubrać przyzwoiciej.

— Właśnie że nie mogłem — odparł, śmiejąc się Lafcadio. — Pod pozorem opalenia mnie Faby chował pod kluczem wszystkie moje ubrania, nawet bieliznę...