— A co na to mówiła pańska matka?
— Bardzo ją to bawiło; powiadała, że jeżeli goście się gorszą, mogą się zabierać; ale to nie przeszkadzało nikomu z osób, które u nas bywały.
— A cóż przez cały ten czas z nauką twoją, moje biedne dziecko!...
— Owszem, uczyłem się tak łatwo, że matka zaniedbała nieco moje wykształcenie; szło mi na szesnaście lat; zdaje się, że matka spostrzegła to nagle, i po cudownej podróży do Algieru, jaką zrobiłem z wujaszkiem Faby (to był, sądzę, najlepszy czas w moim życiu), posłała mnie do Paryża i powierzyła nieubłaganemu więziennemu dozorcy, który zajął się moją nauką.
— Po tak niezwykłej swobodzie rozumiem w istocie, że ten przymus musiał się panu wydać trochę ciężki.
— Nie byłbym tego nigdy zniósł, gdyby nie Protos. Mieszkał na tej samej stancji114 co ja; po to, żeby się nauczyć francuskiego, jak mówiono; ale on mówił po francusku wybornie i nigdy nie mogłem zrozumieć, co on tam robi; tak samo jak i ja. Usychałem; nie lubiłem zanadto Protosa, ale zwracałem się ku niemu, jakby on miał mi przynieść wyzwolenie. Był trochę starszy ode mnie, wydawał się jeszcze starszy, niż był, nie miał już nic dziecinnego w sposobie bycia ani w upodobaniach. Rysy jego były, kiedy chciał, nadzwyczaj wymowne i mogły wyrazić wszystko; ale w chwilach spoczynku przybierał minę głupca. Jednego dnia, kiedym z tego żartował, odparł, iż w świecie ważne jest, aby nie zanadto wyglądać na to, czym się jest.
Nie wystarczało mu, kiedy się wydawał tylko skromny; silił się uchodzić za cymbała. Mawiał, iż ludzi gubi to, że wolą popis od ćwiczenia i że nie umieją ukrywać swoich darów; ale mówił to tylko mnie jednemu. Z innymi trzymał się z dala, a nawet ze mną, jedynym na całej stancji, którym nie pogardzał. Z chwilą gdy mi się go udało rozgadać, stawał się nadzwyczaj wymowny; ale najczęściej chmurny i milczący, robił wówczas wrażenie, że przetrawia czarne zamiary, które byłbym chciał poznać. Kiedym go pytał: „Co pan tu robi?” (nikt z nas nie mówił mu ty), odpowiadał: „Biorę rozmach”. Utrzymywał, że w życiu człowiek może się wydobyć z najtrudniejszych sytuacji, umiejąc sobie rzec w porę: „Pal sześć!”. I ja to sobie powiedziałem w chwili ucieczki.
Ruszywszy z osiemnastu frankami w kieszeni, dotarłem do Baden, wędrując sobie z wolna, jedząc sam nie wiem co, sypiając sam nie wiem gdzie...
Byłem trochę połamany, kiedym przybył na miejsce, ale razem wziąwszy, kontent115 z siebie, bo miałem jeszcze trzy franki w kieszeni; prawda, że w drodze zarobiłem pięć czy sześć. Zastałem matkę z wujaszkiem de Gesvres, który bardzo się ubawił moją ucieczką i postanowił mnie odwieźć do Paryża: był niepocieszony (powiadał), że Paryż zostawił mi złe wspomnienie. I faktem jest, że kiedyśmy tam wrócili razem, Paryż ukazał mi się w nieco lepszym świetle.
Margrabia de Gesvres namiętnie lubił wydawać pieniądze; to była jego nieustanna potrzeba, wilczy głód; można by rzec, iż jest mi wdzięczny, że mu pomagam do zaspokajania tego głodu i że zdwajam jego apetyt swoim własnym. Na wspak wujowi Faby, zaszczepił mi zamiłowanie strojów; sądzę, żem je nosił wcale116 dobrze; byłem u niego w dobrej szkole; elegancja jego była czymś zupełnie naturalnym, niby druga szczerość. Porozumiewałem się z nim bardzo dobrze. Razem spędzaliśmy dni u bieliźniarzy, szewców, krawców; użyczał szczególnej uwagi obuwiu, po którym poznaje się ludzi — powiadał — równie pewnie, a głębiej niż z reszty stroju i z rysów twarzy... Nauczył mnie wydawać bez rachuby i bez troski o to, czy będę miał za co zaspokoić swoją fantazję, swoje pragnienie lub głód. Głosił zasadę, że tę ostatnią potrzebę należy zaspokajać na końcu, bo (pamiętam jego słowa) pragnienie albo kaprys — powiadał — są przelotne, podczas gdy głód zawsze się odnajdzie i jest tym pełniejszy, im dłużej dało mu się czekać. Nauczył mnie wreszcie nie cieszyć się daną rzeczą bardziej, dlatego że kosztowała drożej, ani też mniej, jeśli przypadkiem nie kosztowała nic.