Tak żyłem, kiedym stracił matkę. Depesza wezwała mnie nagle do Bukaresztu; ujrzałem ją już umarłą. Dowiedziałem się tam, że od wyjazdu margrabiego narobiła wiele długów; że jej majątek ledwie starczy na to, aby je spłacić, tak że nie mogę się spodziewać ani kopiejki, ani grosza. Tuż po pogrzebie wróciłem do Paryża, gdzie spodziewałem się zastać wujaszka de Gesvres; ale wyjechał nagle do Rosji, nie zostawiwszy adresu.

Nie będę panu opowiadał wszystkich refleksji, jakim się oddałem. Miałem, u licha, pewne zasoby zręczności, dzięki którym zawsze człowiek daje sobie radę; ale im bardziej tego potrzebowałem, tym bardziej miałem wstręt do posłużenia się nimi. Na szczęście, pewnej nocy, kiedym się wałęsał po ulicach, trochę zakłopotany, spotkałem ową Karolę Venitequa, którą pan widział, eks-kochankę Protosa, i ta użyczyła mi przyzwoitej gościny. W kilka dni potem dowiedziałem się, że mam otrzymać w dość tajemniczy sposób szczupłą pensyjkę, którą będę odbierał co miesiąc u rejenta; mam wstręt do wyjaśnień, toteż pobierałem ją, nie pytając o więcej. Potem pan się zjawił... Wie pan teraz mniej więcej wszystko, co mi się podobało panu powiedzieć.

— To szczęście — rzekł uroczyście Julius — to szczęście, Lafcadio, że dziś spada na ciebie trochę pieniędzy; bez zajęcia, bez wykształcenia, skazany na życie z dnia na dzień... tak jak cię znam obecnie, byłeś gotów do wszystkiego.

— Wręcz przeciwnie, do niczego — odparł Lafcadio, spoglądając poważnie na hrabiego. — Mimo wszystko, com panu powiedział, widzę, że pan mnie jeszcze zna bardzo licho. Nic tak nie paraliżuje jak potrzeba: zawsze starałem się jedynie o to, co mi się na nic nie zdało.

— Ot, paradoksy. I pan myśli, że z tego można wyżyć?

— To zależy od żołądka. Panu podoba się nazywać paradoksami wszystko, czego pański nie trawi... Co do mnie, raczej umarłbym z głodu wobec tego gulaszu logiki, którym, jak widziałem, karmi pan swoich bohaterów.

— Daruje pan...

— Przynajmniej bohatera swojej ostatniej książki. Czy to prawda, że pan w niej odmalował swego ojca? Ta pańska troska o to, aby go utrzymać zawsze i wszędzie w zgodzie z panem i z samym sobą, wiernego swoim obowiązkom i zasadom, to znaczy pańskim teoriom!... Pan pojmuje, co ja, właśnie ja, mogę o tym powiedzieć... Panie de Baraglioul, niech pan przyjmie ten fakt: jestem istotą pełną niekonsekwencji. I widzi pan, ilem ja nagadał, ja, który wczoraj jeszcze uważałem się za istotę najbardziej milczącą, zamkniętą, odludną! Ale dobrze by było, abyśmy szybko zawarli znajomość i abyśmy już nie potrzebowali wracać do tych rzeczy. Jutro, dziś wieczór schowam się z powrotem w swoją skorupę.

Powieściopisarz, którego takie poglądy wytrącały z równowagi, uczynił wysiłek, aby ją odzyskać.

— Niech się pan najpierw pogodzi z tym, że nie ma niekonsekwencji, tak samo w psychologii jak w fizyce — rozpoczął. — Jesteś pan w fazie przejściowej i...