— Więc to jest kompletny święty!... — krzyknął Julius przerażony.
— Och, niemożliwy jest ze swoją świętością!... O, masz, czy wiesz, co to jest takiego? — Weronika pobiegła w ciemny kąt, skąd wywlekła kojec: — To są dwa szczury, którym pan uczony wykłuł swojego czasu oczy.
— Och, Weroniko, czemu do tego powracasz? Karmiłaś je wówczas, kiedy ja na nich eksperymentowałem; i ja ci to wymawiałem... Tak, Juliusie, za czasu moich zbrodni przez ciekawość naukową oślepiłem te biedne zwierzęta; troszczę się o nie teraz, to całkiem naturalne.
— Chciałbym tylko, aby Kościół uważał również za naturalne zrobić dla ciebie to, co ty robisz dla tych szczurów, oślepiwszy cię tak samo.
— Oślepiwszy, powiadasz! I ty to mówisz w ten sposób? Oświeciwszy, bracie, oświeciwszy.
— Mówię o rzeczach konkretnych. Stan, w którym cię zostawiają, jest dla mnie czymś niedopuszczalnym. Kościół przyjął wobec ciebie zobowiązania. Trzebaż, aby ich dopełnił; dla swego honoru i dla naszej wiary. — Po czym zwracając się do Weroniki: — Jeżeliście nic nie uzyskali, zwróćcie się jeszcze wyżej, wciąż wyżej. Mówiłem o Rampolli? Co Rampolla! Myślę o suplice156 do samego papieża; do papieża, któremu nie jest tajne twoje nawrócenie. Takie pogwałcenie sprawiedliwości warte jest, aby się o nim dowiedział. Zaraz jutro wracam do Rzymu.
— Zostaniesz u nas na obiedzie — zaryzykowała nieśmiało Weronika.
— Darujcie mi, mam żołądek nie bardzo... — tu Julius, który miał paznokcie bardzo wypielęgnowane, zauważył krótkie, kwadratowe końce palców Antyma — wracając z Rzymu, odwiedzę was na dłużej i pomówię z tobą, drogi Antymie, o nowej książce, którą przygotowuję.
— Odczytałem w tych dniach na nowo Dech wyżyn i wydało mi się to lepsze niż z początku.
— Tym gorzej, drogi Antymie! To chybiona książka: wytłumaczę ci czemu, kiedy będziesz w stanie mnie wysłuchać i ocenić szczególne myśli, które mnie oblegają. Za wiele byłoby mówić. Dosyć na dzisiaj.