— Oto rozsądne słowa — rzekła Weronika. — Z jaką ulgą słucham ciebie, drogi bracie. Te abnegacje152 Antyma doprowadzają mnie do szału, nie ma sposobu namówić go na to, aby się bronił; dał się oskubać jak gąsior, dziękując wszystkim tym, którzy chcieli brać i brali w imię Pańskie.
— Weroniko, przykro mi słuchać, gdy mówisz w ten sposób; wszystko, co się dzieje w imię Pana, jest dobre.
— Jeżeli cię to bawi żyć na barłogu...
— Jak Hiob153, mój przyjacielu.
Wówczas Weronika, zwracając się do Juliusa:
— Słyszy go szwagier? I tak jest co dzień; wciąż tylko prawi nam swoje kazania i kiedy ja się dobrze naharowałam, chodząc na targ, gotując i sprzątając, szanowny pan cytuje Ewangelię, uważa, że ja się troszczę o rzeczy zbyteczne, i każe mi się zapatrywać na lilie polne154.
— Pomagam ci, ile mogę, droga żono — rzekł seraficznym głosem Antym. — Nieraz proponowałem ci, skoro teraz mogę chodzić, że pójdę na targ albo sprzątnę za ciebie.
— To nie jest robota męska. Pisz sobie dalej swoje kazania, tylko postaraj się, aby ci za nie lepiej płacili.
Po czym, wciąż coraz bardziej podrażnionym tonem (ona, niegdyś tak uśmiechnięta!), dodała:
— Czy to nie wstyd, kiedy się pomyśli, ile on zarabiał w „Dépêche” swymi bezbożnictwami! I z tych paru groszy, jakie mu płaci dzisiaj „Pielgrzym”155 za jego litanie, jeszcze potrafi oddać trzy czwarte biednym.