Po ablucjach165 wyciągnął się z rozkoszą na świeżym prześcieradle. Zostawił okno otwarte; nie całkiem oczywiście, z obawy kataru i zapalenia ócz, ale jedno skrzydło uchylone, tak aby powiew wietrzyka nie szedł wprost na niego; zrobił rachunek, odmówił pacierz, po czym zgasił światło. (Oświetlenie było elektryczne, gasiło się, przekręcając śrubkę).
Fleurissoire miał usnąć, kiedy delikatne bzykanie przypomniało mu ostrożność, której był zaniedbał, mianowicie, aby otwierać okno dopiero po zgaszeniu światła, bo światło przyciąga mustyki166. Przypomniał sobie także, że czytał gdzieś podziękowanie Bogu za to, iż obdarzył skrzydlatego owada specjalną muzyką, zdolną ostrzec śpiącego w chwili, gdy mu grozi ukąszenie. Po czym spuścił dokoła siebie nieprzepuszczalny muślin. „O ileż to jest lepsze — myślał sobie, usypiając — niż te małe stożki z suszonego ziela, które pod dziwaczną nazwą fidybusa sprzedaje stary Blafaphas; zapala się je na metalowej podstawce, żarzą się, produkując mnogość narkotycznego dymu, ale nim porażą moskity, nieomal zatruwają śpiącego. Fidybus! Co za komiczna nazwa! Fidybus...” Już usypiał, kiedy nagle uczuł żywe ukłucie w lewym skrzydle nosa. Sięgnął ręką i podczas gdy delikatnie macał palący obrzęk skóry — drugie ukłucie w rękę. Potem drwiące brzęczenie koło ucha... Okropność! Zamknął wroga w twierdzy! Sięgnął do wyłącznika i zapalił światło.
Tak! Moskit był tuż, usadowiony w samym szczycie moskitiery. Będąc nieco dalekowidzem, Amedeusz widział go bardzo dobrze, niedorzecznie cieniutkiego, wspartego na czterech pałkach, długiego i jakby zwiniętego; bezczelnik! Amedeusz stanął na łóżku. Ale jak rozgnieść owada o tkaninę umykającą się palcom, mglistą? Mniejsza: zadał dłonią cios tak szybki, tak silny, że myślał, iż zakatrupił moskita. Z pewnością ma już dość! Amedeusz poszukał oczami trupa, nie zobaczył nic, ale uczuł nowe ukłucie w łydkę.
Wówczas, aby ochronić bodaj to, co się da, wrócił do łóżka; potem przetrwał może kwadrans, ogłupiały, nie śmiejąc zgasić. Po czym, mimo wszystko uspokojony, nie słysząc już wroga, zgasił. I zaraz muzyka rozpoczęła się na nowo.
Wówczas wydobył ramię, trzymając rękę blisko twarzy; i kiedy mu się zdawało, że czuje moskita siedzącego na czole lub policzku, aplikował szerokiego klapsa. Ale zaraz potem słyszał na nowo śpiew owada.
Następnie powziął myśl, aby sobie przykryć głowę fularem, co bardzo ograniczyło rozkosz oddychania, ale nie zapobiegło ukąszeniu w brodę.
Wówczas moskit, zapewne syty, uspokoił się; przynajmniej Amedeusz, zmorzony snem, przestał go słyszeć, zdjął fular i spał gorączkowo; drapał się we śnie. Nazajutrz rano nos jego, z natury orli, podobny był do nosa pijanicy; guzek na łydce spęczniał jak karbunkuł167, a guz na brodzie przybrał wygląd wulkaniczny — co zalecił uwadze balwierza168, kiedy przed opuszczeniem Genui dał się ogolić, aby przybyć w należytej formie do Rzymu.
II
Kiedy w Rzymie rozglądał się przed dworcem z walizką w ręce, tak zmęczony, tak zdezorientowany, tak stropiony, że nie mógł się zdecydować na nic i znalazł siłę zaledwie na to, aby odpychać usługi portierów, Fleurissoire miał to szczęście, iż trafił na facchina169 mówiącego po francusku. Battistino był to młodzieniec rodem z Marsylii, jeszcze prawie bezwąsy, z żywymi oczyma, który poznając w Amedeuszu krajana, ofiarował się pokierować nim i odnieść jego walizę.
Przez cały czas podróży Fleurissoire wertował Baedekera. Jakiś instynkt, jakieś przeczucie, wewnętrzny głos odwróciły prawie natychmiast jego zbożną troskę od Watykanu, aby ją skupić na zamku Świętego Anioła, dawnym Mauzoleum Hadriana. Owa słynna kaźń, którą podziemny korytarz łączy podobno z Watykanem, kryła niegdyś w swoich sekretnych lochach niejednego znamienitego więźnia.