Patrzył na plan. „Gdzieś tu trzeba się starać ulokować” — rozstrzygnął, kładąc palec wskazujący na wybrzeżu di Tordinona, na wprost zamku Świętego Anioła. I, jakby przez opatrznościowy zbieg okoliczności, tam właśnie zamierzał go prowadzić Battistino; nie na samo wybrzeże, które, ściśle mówiąc, jest właściwie ulicą, ale tuż obok: na via dei Vecchierelli, to znaczy Małych Staruszków, trzecia ulica, idąc od ponte Umberto170, wychodząca na plant171 kolejowy. Battistino znał tam spokojny dom (z okien trzeciego piętra, wychylając się nieco, można widzieć Mauzoleum), gdzie bardzo uczynne panie mówią wszystkimi językami, a jedna w szczególności po francusku.

— Jeżeli pan jest zmęczony, można wziąć fiakra, to daleko... Tak, dziś jest trochę chłodniej, deszcz padał cały dzień, trochę spaceru po długiej jeździe to dobrze robi... Nie, waliza jest bardzo ciężka, chętnie zaniosę ją na samo miejsce... Pierwszy raz w Rzymie! Pan przybywa może z Tuluzy?... Nie, z Pau; powinienem był zgadnąć z akcentu.

Tak rozmawiając, wędrowali. Szli przez via Viminale; potem przez via Agostino Depretis, która schodzi się z Viminale koło Pincio; potem przez via Nazionale dotarli do Corso, które minęli; stamtąd wędrowali przez labirynt uliczek bez nazwy. Waliza nie była tak ciężka, aby miała przeszkodzić chłopcu dobrze wyciągać nogi, tak że Fleurissoire ledwie mógł mu nadążyć. Dreptał za Battistinem, wyczerpany zmęczeniem, topiąc się od gorąca.

— Jesteśmy — rzekł wreszcie Battistino, wówczas gdy Amedeusz miał odmówić dalszej wędrówki.

Ulica lub raczej uliczka dei Vecchierelli była tak wąska i ciemna, że Fleurissoire wahał się w nią zapuścić. Tymczasem Battistino wszedł do drugiego domu po prawej, którego brama była o kilka metrów od rogu wybrzeża; w tej samej chwili Fleurissoire ujrzał wychodzącego stamtąd bersagliere172; elegancki mundur, który go już uderzył na granicy, uspokoił go; miał bowiem zaufanie do armii. Postąpił kilka kroków. Jakaś dama zjawiła się w progu, widocznie gospodyni zajazdu; uśmiechnęła się doń życzliwie. Miała czarny atłasowy fartuszek, bransoletki, błękitną wstążkę z mory173 dokoła szyi; włosy czarne jak heban, wysoko upięte, podnosił ogromny szylkretowy grzebień.

— Twoja waliza jest na trzecim piętrze — rzekła do Amedeusza, który w owym tykaniu widział włoski obyczaj lub niedostateczną znajomość francuskiego.

Grazia — odparł, uśmiechając się wzajem. — Grazia. — To znaczyło: dziękuję, jedyne włoskie słowo, które umiał i które przez grzeczność zżeńszczył, ile że dziękował damie.

Wszedł, odsapując i nabierając odwagi na każdym zakręcie, bo był zmęczony, a niechlujstwo schodów pomnażało jego rozpacz. Przestanki były co dziesięć stopni, schody wahały się, kluczyły, zakręcały się po trzy razy, zanim odrobiły piętro. W pierwszej sionce, na suficie, na wprost wejścia wisiała klatka z kanarkiem, widoczna z ulicy. W drugiej sionce parszywy kot włóczył skórę sztokfisza174, którą gotował się połknąć. Na trzecią sionkę wychodził ustęp, którego otwarte drzwi pozwoliły oglądać, obok sedesu, wysoki gliniany wazon, z którego kielicha wystawała rękojeść szczotki. W tej sionce Amedeusz nie zatrzymał się.

Na pierwszym piętrze kinkiet gazolinowy175 kopcił obok szerokich oszklonych drzwi, na których wypisane wytartymi głoskami widniało słowo „Salone”; ale pokój był ciemny; przez szybę Amedeusz z trudem rozróżnił na przeciwległej ścianie lustro w złoconej ramie.

Dochodził do siódmej kondygnacji, kiedy nowy wojskowy, tym razem artylerzysta, wychodząc z pokoju na drugim piętrze, potrącił go, schodząc bardzo szybko; potem przeszedł, mamrocząc ze śmiechem jakieś włoskie przeprosiny i doprowadziwszy go do równowagi: Fleurissoire bowiem wydawał się pijany i ze zmęczenia ledwie się trzymał na nogach. Uspokojony pierwszym mundurem, uczuł się raczej zaniepokojony drugim.