„Ci wojskowi będą mi tu hałasowali — pomyślał. — Szczęściem, mój pokój jest na trzecim piętrze, wolę ich mieć pod sobą”.
Zaledwie minął drugie piętro, kiedy kobieta w rozwartym peniuarze, z rozplecionymi włosami, nadbiegłszy z głębi korytarza, zawołała na niego.
„Bierze mnie za kogoś innego” — powiedział sobie i przyśpieszył kroku, odwracając oczy, aby nie zawstydzić damy tym, że ją ujrzał tak skąpo odzianą.
Na trzecie piętro przybył mocno zdyszany i zastał tam Battistina rozmawiającego po włosku z kobietą nieokreślonego wieku, która przypominała mu bardzo, ale w mniej tłustym wydaniu, kucharkę Blafaphasów.
— Pańska waliza jest pod szesnastym, trzecie drzwi. Niech pan uważa, idąc, wiadro stoi w korytarzu.
— Wystawiłam je na zewnątrz, bo cieknie — wyjaśniła kobieta po francusku.
Drzwi szesnastego numeru były otwarte; na stole zapalona świeca oświecała pokój i rzucała nieco blasku na korytarz, gdzie pod drzwiami piętnastego numeru, dokoła metalowego wiadra, błyszczała na podłodze kałuża, którą Fleurissoire okroczył. Czuć było ostry zapach. Waliza znajdowała się w widocznym miejscu na krześle. Ledwie Amedeusz znalazł się w dusznej atmosferze pokoju, uczuł, że mu się w głowie kręci; rzucił na łóżko parasol, szal i kapelusz, po czym osunął się na fotel. Czoło jego ociekało potem; myślał, że zemdleje.
— To pani Karola, która mówi po francusku — rzekł Battistino.
Oboje weszli do pokoju.
— Otwórzcie trochę okno — westchnął Fleurissoire, niezdolny wstać.