— Och, jak jemu gorąco — mówiła Karola, wycierając mu bladą i spoconą twarz uperfumowaną chusteczką, którą wyjęła zza gorsu.

— Trzeba go przysunąć do okna.

Podnosząc we dwoje fotel, w którym wpółzemdlony Amedeusz pozwalał się bezwolnie kołysać, dali mu możność oddychania, w miejsce wyziewów korytarza, urozmaiconymi zapachami ulicy. Jednakże chłód ocucił go. Szukając w kamizelce, wyjął pięciolirowy świstek, który przygotował dla Battistina.

— Dziękuję ci bardzo. A teraz, zostaw mnie.

Facchino wyszedł.

— Nie powinieneś był mu dawać tyle — rzekła Karola.

Amedeusz przyjmował tykanie jako zwyczaj włoski; myślał już tylko o tym, aby się położyć, ale Karola nie zdawała się gotować do odejścia: po czym, przez grzeczność, podtrzymał rozmowę.

— Mówi pani po francusku jak rodowita Francuzka.

— Nic w tym dziwnego, jestem z Paryża. A pan?

— Ja jestem z Południa.