Tak jak przed chwilą pot, tak teraz łzy spłukiwały jego twarz i mieszały się z kurzem wagonu; ciekły cicho bez przestanku, małym strumykiem, z głębi niego, niby z ukrytego źródła. Myślał o Arnice, o Blafaphasie, niestety! Och, gdyby go mogli widzieć! Nigdy już nie ośmieli się teraz zająć dawnego miejsca wśród nich... Następnie myślał o swojej dostojnej misji, teraz skompromitowanej; jęczał półgłosem:
— Przepadło! Nie jestem już godny... Och! Przepadło! Przepadło bez ratunku.
Cudzoziemski akcent tych jego westchnień obudził Karolę. Klęcząc obecnie przed łóżkiem, Amedeusz bił się raz po raz w piersi; zdumiona Karola słyszała, jak szczęka zębami i jak wśród szlochów powtarza:
— Ratunku! Ratunku! Kościół się wali...
W końcu nie mogła wytrzymać:
— Co się z tobą dzieje, biedny stary! Oszalałeś?
Obrócił się do niej.
— Proszę pani, pani Karolo, niech mnie pani zostawi... Muszę koniecznie zostać sam. Zobaczę się z panią jutro rano.
I ponieważ ostatecznie miał żal tylko do siebie, ucałował ją tkliwie w ramię:
— Och, pani nie wie nawet, jakie to straszne, to, cośmy zrobili. Nie, nie. Nie wie pani. Nie będzie pani mogła nigdy wiedzieć.