Ten gest sprowadził trochę krwi do twarzy Amedeusza, który pragnąc natychmiast uchylić krzywdzące posądzenie, opowiedział obszernie o pchłach, pluskwach i mustykach.
— Tutaj nie będziesz miał niczego podobnego. Widzisz, jak tu czysto.
— Tak, mam nadzieję, że będę dobrze spał.
Ale ona wciąż nie odchodziła. Podniósł się z trudem z fotela, przytknął rękę do guzików kamizelki, mówiąc nieśmiało:
— Myślę, że już się położę.
Pani Karola zrozumiała zakłopotanie Amedeusza.
— Widzę, że chcesz, abym cię zostawiła trochę — rzekła taktownie.
Skoro tylko wyszła, Fleurissoire zamknął drzwi na klucz, wyjął z walizy nocną koszulę i położył się do łóżka. Ale widocznie zamek nie chwytał, bo jeszcze nie zdmuchnął świecy, a już głowa Karoli ukazała się w uchylonych drzwiach, za łóżkiem, tuż koło łóżka, uśmiechnięta...
W godzinę później, kiedy się opamiętał, Karola leżała koło niego, w jego ramionach, całkiem naga.
Wyswobodził spod niej lewe ramię, które mu ścierpło, po czym odsunął się. Spała. Słaby blask przenikający z alkowy napełniał pokój: nie było słychać innego odgłosu jak tylko równy oddech tej kobiety. Wówczas Amedeusz Fleurissoire, który czuł w ciele i w duszy szczególną omdlałość, wysunął z prześcieradeł chude nogi i usiadłszy na rogu łóżka, zapłakał.