— Niezupełnie rozumiem.

— Nic dziwnego, jesteś jeszcze malutki. Tym śmie­lej wyznaj wszystko, gdyż winy w tobie nie ma żad­nej. Śpisz w nocy?


Nie spałem. Bliźniaczki do snu mnie kładły, okry­wały łóżko ciemną chustą z frędzlami, aby noc była dla mnie głębsza jeszcze i abym w nią calutki wpadł: odmawiały nade mną i ze mną pacierze, opiece Panny powierzały, Anioła Stróża upraszając, aby mi był ku pomocy; całowały mnie czule, nocnik ustawiały na wysokim krzesełku, abym sięgnąć mógł łatwo, kiedy tylko zechcę. Odchodziły człapiąc pantoflami i szep­cząc do siebie:

— No, spokój nareszcie.

— Może zaśnie.

— Nie zaśnie. Uciekajmy, żeby nas nie wołał.

I zamykały cicho drzwi.

Odgarniałem fałdy czarnej chusty i na pokój pa­trzałem. Przez zaciągnięte story z gęstej materii ko­loru zbutwiałego drzewa prószyło światło blade ulicz­nych latarń; mieszkanie było na parterze, wysokim dosyć, tak że gazowa lampa na żelaznym słupie, aku­rat była tuż przy szybie; jej błękitny płomyk drgał czasem i przygasał, by znów za chwilę się rozżarzyć, a ja myślałem, że już świta. Pragnąłem zawsze noc przeczekać, zobaczyć dzień, jak wstaje, i móc powie­dzieć ciotkom, kiedy przyjdą: nie spałem wcale całą noc. Naprzeciw łóżka, na białej ścianie, wisiał zegar szafkowy. Tykał kiedyś głośno, wahadłem poruszał i godziny wybijał; zatrzymały go ciotki, by mnie nie rozbudzał. Lśniły tarcze wahadeł i wagi spuszczone na dno oszklonej szafki. Pod zegarem komoda czarna, serwetą nakryta. W niej moje zabawki: wojsko i ar­maty, czaka, klocki i farby. Na komodzie figurka Panny w białym gipsie bardzo starannie wyrzeźbio­na — kopia dokładna tej, co domu strzeże z wyso­kiej niszy. Panna biała i zabawki, nieruchomy zegar, nikły blask z ulicy — taki obraz w oczach miałem, gdy ze snem walczyłem, jak z aniołem: spać nie chciałem.

Nie był to kaprys ani zła wola ze strony upartego dziecka, ale nadzieja, że noc przyniesie rozwiązanie zagadki, która mnie dręczyła. Wiedziałem, że nie może człowiek żyć, jeśli rodziców nie miał nigdy. Miałem ich zatem, skoro żyję, i oni żyją gdzieś we świecie. Dlaczego kryją ich przede mną lub mnie przed nimi dziadek, ciotki, pan doktór Kraft i nocny stróż? Czy mnie nie szuka ojciec, któremu zabrano mnie przez zemstę albo za karę, czy nie krąży nocą w pobliżu domu, czekając, aż się pośpią wszyscy, a wtedy w okno moje zastuka cicho i „otwórz” krzyknie głośnym szep­tem... Kiedy dziesiąta biła w odległych pokojach, a w koszarach policji trąbka grała na ciszę nocną, Du­biel psy swoje spuszczał z łańcucha. Głośno gwizdał przy tym — gwizd długi, po nim krótkie cztery, aby ostrzec każdego, kto by na podworzec wchodził, że psy biegają na wolności. Ten gwizd odbierał mi na­dzieję: na poduszki opadałem z żalem, lecz i z ulgą: nic się dzisiaj nie stanie — myślałem — wszystko będzie, jak było, do jutra, do rana. I zabawę zaczyna­łem we wszystko, czegom pragnął: w ucieczkę bawi­łem się, porwanie przez ojca, w ojca, który porywa, w matkę, która czeka, byłem dziadkiem, co broni, Du­bielem, co strzeże, i kimś czwartym, potężnym, który wszystkich godzi, karze i nagradza.