— Myśmy są z Wodzem jednolatki — wesoło okiem mrugnął dziadek. I dalej swoją rzecz prowadził: — Pojedziemy ulicami... Dzwony, chóry, światła, kiry... Pod zamkową górę, nad brzeg, nad Wisły — rzeki brzeg urwisty, gdzie skała wprost do wody schodzi, skąd prehistoria źródła bierze, gdzie zabił smoka ksią­żę Krak, a potem córka księcia Wanda płynącej wo­dzie powierzyła swą cześć dziewiczą, gdy jej zagroził cudzoziemiec; tam, gdzie porachunków z losem doko­nywali pradziadowie, pomost zbudujecie długi — na niezbyt wszakże grubych palach — na środek rzeki, jak ostrogę...

Brzękły ostrogi i pałasze. Wstali, co siedzieli dotąd. Do bocznej sali drzwi otwarto i stamtąd nowi weszli widzę — panowie w czerni i wojskowi, księża i panie w długich sukniach, i wokół dziadka tłum się zbierał. Szepty półgłośne i szemrania, a tu i ówdzie parsknął śmiech.

— Wyprowadźcież tego bzika — ktoś powiedział.

— A ten karzeł?

— Jego wnuczek, pono63, mówią.

— Może pstryknąć dla kurierka?

— Albo oddać do muzeum.

— Matejce żywcem zwiali z płótna.

— ...królewskiej — mówił dalej dziadek, powoli ręce w górę wznosząc.

— Co „królewskiej”?