— To ładnie nawet, ale jakoś... Nie ma zwyczaju topić zwłok. Protokół tego nie przewidział. Tu będą goście zagraniczni. Oczekujemy kilku królów, i wodzów paru, i marszałków... Na oczach świata, że tak powiem, utopić naczelnika państwa? Powiedzą, żeśmy barbarzyńcy. To w interesach nam zaszkodzi, a my tu budujemy COP, i w Gdyni mamy nowy port. I na wystawy posyłamy nasz drób wzorowy i maszyny. Myśmy są nowoczesne państwo, nie żadne tam pra — pra — tego...
— A duch? — zapytał z mocą dziadek.
— Co duch? — skrzywił się mąż stanu.
— Ducha, mówicie — chrypił dziadek. — Z ducha, duchem...
— E, to przenośnia. Za dużo grafomanów siedzi w departamentach propagandy.
Śmiech gruchnął, ale ucichł, ze względu na żałobę kraju.
Zrobiłem w stronę dziadka krok i lekko połę pociągnąłem.
— Dziadku, do domu czas powracać.
Nie słuchał; na twarz i szyję czerwone plamy wstępowały, jak chmury o zachodzie słońca, wróżące nocną zawieruchę.
— Woziłem — szepnął — od pół wieku na Wawel wędrujące zwłoki, które z obczyzny powracały wśród królów równe miejsce zająć...