Umilkł nagle. Minister z pochyloną głową stał przed staruszkiem, który, zmęczony, ciężko dyszał.

— Pan chcesz, tego — rzekł minister — trach do wody?

— Chcę — odsapnął dziadek.

— Czemu?

Tu zmarszczył brew i nadął wąs, i na lasce, jak na szabli, wsparł się dziadek. Aż się cofnął członek rządu.

— Patrzcie, patrzcie — zaszeptano. — On! Marsza­łek! Jakby żywy. — I ten, i ów na baczność stanął.

— To w dawnych wiekach tak bywało — niepew­nym głosem rzekł minister — że ktoś podobny do monarchy albo do wodza plemiennego, trach z nim w podziemia, razem z koniem... Ale do wody? Nie słyszałem...

— Na wodzie pomnik postawimy — wyszeptał dzia­dek wyczerpany. — Pośrodku rzeki, w pustce.

— Pomnik? Pośrodku rzeki? W grzęzawisku?

— Ułana — zaczął mówić dziadek, lecz przerwał. Ochrypł albo zgubił myśl.