A na to wszystko jedna rada: siłą obalić stary ład, siłą odebrać po kolei wszystko, czym oni dzisiaj rządzą: starcy i baby, i doktorzy, i mecenasi, mini­strowie, księża, rabini, policjanci, wszyscy dziadko­wie i wujowie — przeklęte ciotki — wszyscy oni — to są rodzice sfałszowani... A my jesteśmy dziećmi pta­ka — orła czy sępa drapieżnego — który nas nosi długo w szponach, zanim porzuci gdzieś w pustko­wiu, w miejscu i w czasie obojętnym...

Więc naprzód, dzieci! Do ataku! Zajmijcie dworzec, pocztę, pompy — rozbijcie sklepy! Miasto nasze, a ju­tro dla nas cały świat!

Takie plany sobie snułem, gdy umierał... Spałem smacznie, śniąc, że idzie, że się zbliża wielkie, ciem­ne — jakieś zwierzę — zwierzę czynu — albo chmura...

Wtem szarpnięto mnie za ramię: i zaszemrał mi nad uchem głos bliźniaczek:

— Wstawaj, dziecko! Dziadek chce ci coś powie­dzieć. Biegnij szybko, póki czas.

Długi korytarz dzielił pokój, w którym zebrała się rodzina, od gabinetu, gdzie pan domu rozstrzygnął swą ostatnią sprawę. Przez ciotki obie prowadzony sze­dłem marudząc, że mnie budzą, że chodzić każą, gdym ja senny. A już przed drzwiami zamkniętymi, kiedy poczułem zapach lekarstw, do tyłu skoczyłem i krzyk­nąłem:

— Nie chcę! Nie pójdę, bo się boję.

— Dziecino, dziadziuś chce cię widzieć.

— Ale ja nie chcę! Ja chcę spać!

— Dziadziuś umiera!