— A nieprawda!

— Dziecino!

— Spać chcę! — i jak długi ległem, pod głowę piąstki obie wcisnąłem, jak to zwykłem robić, kiedy do łóżka spać się kładłem.

Wtedy z hałasem drzwi otwarto.

— Skończył — oznajmił jakiś głos.

Skoczyły ciotki, a z jadalni wybiegli pozostali krew­ni. Służba ruszyła z zakamarków, w których się dotąd kryła z płaczem. Kiedy przebiegli wszyscy — wsta­łem. Podszedłem do drzwi i zajrzałem. Na wysokim łóżku, w blasku świec, ponad głowami schylonymi ujrzałem to, com widział rano na fotografii, w „Kuryerze”: stercząca w górę broda — wąs, szczecina szara na policzkach. Otwarte oczy i ruchome od świec, pło­nących u wezgłowia. W otwartych ustach szklana kula — tęczowa bańka, która rosła, gdym do pokoju wchodził cicho, a pękła, kiedym krzyknął „dziadziu!”.

Załkano wkoło, ksiądz się zbliżył, podźwignął w górę dłonie starca, które opadły ciężko z łoża, jak wiosła w wodzie pogrążone, i w sztywne palce włożył z trudem krzyż. Potem watą lekko w oliwie umaczaną dotykał piersi, czoła, ust, dłoni i stóp zmar­łego. Wodą na koniec skropił łoże, ściany pokoju i nas — żywych, szepnął nam wszystkim dobre słowo i cicho wyszedł.

Z kolan wstały ciotki.

— Zamknąć mu oczy — szepczą — podwiązać bro­dę. Dajcie chustkę...

I oto leży dziadek w babę wbrew swojej woli prze­mieniony: fularem czarnym owinięty, czarną kokardę ma na czole, na którym krople potu schną. Wtedy mnie pusty porwał śmiech.