Z pokoju precz mnie wyrzucono. Zdarto ubranie, ułożono w łóżku za siatką, jakby zwierzę. Zaraz za­snąłem. Długo spałem bez żadnych planów i bez ma­rzeń.


Pogrzeby obu dziadków odbyły się dzień po dniu. Tą samą ich wieziono drogą, choć w przeciwnych kie­runkach. Jednego w stronę dworca, popod kolejowy most, bo w tamtej stronie był miejski cmentarz, gdzie czekał otwarty grób rodzinny — kamienny dom wko­pany w ziemię z figurą Panny ponad płytą.

Drugiego mieli wieźć nazajutrz z dworca ku mia­stu, w górę, w rynek, a z rynku jeszcze dalej w górę, na zamek.

Tak się minęli dwaj dziadkowie, jak się mijają chmury dwie, przeciwnym prowadzone wiatrem.


Chmura, chmura — przyszła właśnie, gdy karawan toczył się wolno w swoją stronę. Klapu-klap dzwoniły po betonie kopyta starych Dubielowych koni, a sam Dubiel w zrudziałym pirogu na siwej głowie, drzemał na wysokim koźle, wolno opuściwszy lejce. Ciotki, wu­jowie i kuzynki w ślad za nim podążali w zamknię­tych powozach, a ja szedłem z boku, z nianią, bo mnie nie zechciano zabrać aż na cmentarz, abym nie doznał wrażeń dla dziecka nazbyt silnych.

A na ulicach praca wrzała. — „Hej!” — i — „rup!” — krzyczeli chórem robotnicy, dźwigając w górę maszty z czarnymi chorągwiami i orłami z blachy srebrnej u szczytów. Z okien i balkonów wywieszano dywany, portrety — kirem owijano uliczne latarnie. Krzyże z tektury, cyfry w wieńcach z liści złoconych, wstęgi białe, czerwone, błękitne, czarne wiązano w węzły i kokardy. I ciemniało niebo.

Od zachodu chmura szła i nad miastem przysta­nęła, gdy karawan mijał dworzec kolejowy i pod wiadukt bruk począł chylić się, jak przeciążony prom. Dubiel korbą szybko kręcił, zgrzytały hamulce, spie­niły się od wędzideł końskie pyski. Orszak cały za­padł się pod most, w tunel wpłynął, w cień. A z czoła tunelu zrzucono naraz płachtę czarną; na niej wid­niały krzyż i buława. I chmura dalej na wschód szła.

— Burza będzie — rzekła niania, co mnie za rękę prowadziła. — Nazad trzeba nam, paniczu. Burza będzie straszna, bo ta chmura czarna taka, duża, gęsta, jakiej nie widziałam jeszcze, odkąd żyję. Oj, paniczu, znak niedobry, strach mię zbiera. Pan Bóg płacze, pan Bóg także wdział żałobę.