— Popatrz, portret!

— Widzę. Stary już jest, tak jak ja.

— Czy on naprawdę wszystkim rządzi? Wojskiem, szkołą i koleją, pocztą, bankiem i policją, każdą rzeczą i każdym z nas?

— A bo co takiego? Cóż ci oczy tak latają, rączki drżą i głosik tak się łamie, jakbyś płakać chciał czy co?

— Nie wiem, dziadku. Jakiś urok na mnie rzuca jego wzrok ponury i jego wąs, i jego brew, i jego szabla, i buława, i jego koń, i mundur siwy... Może dlatego, żem sierota, ojca nie znam, więc szukam jego wyobra­żeń i miłość moją ofiaruję symbolom władzy i ojco­stwa.

— Jakim symbolom, co ty pleciesz?

— Tak mi powiedział doktór Kraft.

— To babskie wychowanie, panie, ja z tym skończę.

— Ach, nie mów o nim źle, dziaduniu, on mnie rozumie. Powiedz jeszcze: to jemu wszystko zawdzię­czamy?

— Komu znaczy?