— Dziadkowi, to jest marszałkowi, szefowi państwa, który królem byłby pewnie, gdyby się czasy nie zmie­niły?

— Co mu zawdzięczamy, mówisz?

— Życie i wolność.

— Co za bzdury! Ach, to wychowanie bab i dokto­rów! Ja wiem dobrze, skąd to wszystko! To ten zeszyt czarny...

— Nie mam zeszytu, ach, dziaduniu!

— Wiem, że go pod poduszką chowasz. Ja go zabrać każę, spalę, bo wiem dobrze, czym to pachnie — tu głos załamał się starcowi. Czerwony z gniewu spuścił szybę i w głos wykrzyknął:

— Do domu wracaj! Mam dość tych, panie, trąb.

— Och — płakałem — wybacz, dziadku. — A skry­cie pomyślałem: „Figę znajdziesz. Dobrze skryłem”.

Aż do samego domu dziadek na brzeżku ławki sie­dział z ręką na klamce, na wpół ode mnie odwrócony, zły jak chrzan. Po rękawie go gładziłem i rączkami dwiema chciałem objąć:

— Dziaduniu, nie gniewaj się, zeszytu już nie ma, zginął gdzieś... podarłem... strzałki porobiłem z jego kart, obrazki zasmarowałem, zniszczyłem...