— Albo autobusową linię własną stwórz — komunikację miejską wesprzyj.
— Jaka zasługa!
— I interes.
Ucichli, bo wciąż milczał stary.
— Powiedz coś, ojcze — szepnęła któraś z ciotek starszych, bliźniaczki sięgnęły do rękawów po chustki, które miały w pogotowiu, papierośnice w rękach wujów wydały suchy trzask, ogniki zapalniczek błysły i pierwszy gacek nad głowami rozpoczął nocny rajd.
— Nie zmienię nic, póki żyję — spokojnie odparł szef rodziny.
— Lecz umrzesz kiedyś — palnął jeden z wujów, nad miarę, widać, podniecony.
— Gdy umrę — dziadek głos podniósł i jak bicz nad głowami nam go zwiesił — zakład weźmie ten, kto zachowa wszystko tak, jak było. Gdyby co zmienił, prawo straci.
— Ojciec bredzi! Takiej formuły prawnej nie ma.
— Nie ma formuły? A to będzie! A jeśli nie...